Batman – Azyl Arkham

Batman Azyl Arkham

Batman to postać, która miała niezwykłe szczęście do autorów i historii, jakie oni stworzyli. „Zabójczy Żart” Alana Moore’ a i Briana Bollanda, „Powrót Mrocznego Rycerza” i „Rok Pierwszy” Franka Millera, „Długie Halloween” Jepha Loeba i Tima Sale’ a. Wszystkie te tytuły to arcydzieła. Również cały run Scotta Snydera z New52! rozpoczynający się fenomenalnym „Trybunałem Sów” zapisał się złotymi zgłoskami w historii Mrocznego Rycerza.

Nie sposób zawyrokować, która historia jest najlepsza, ale można śmiało powiedzieć, że najbardziej mroczną i ziejącą obłędem jest opowieść Granta Morrisona i Dave’ a McKean’ a nosząca tytuł „Azyl Arkham”. Opowiada o wyprawie Batmana do domu szaleńców w Gotham. Ale nie takiej zwykłej wyprawie. Joker wraz z ferajną przejęli kontrolę nad ośrodkiem i jednym z ich żądań jest właśnie przybycie swego rywala. Odwieczny wróg Wayne’ a pragnie bowiem udowodnić, iż niewiele ich dzieli,  że przebycie do Azylu, jak mówił na łamach komiksu sam Batman, może okazać się powrotem do domu.

Nie bez powodu droga Batmana przez Arkham kojarzyć się może z „Boską Komedią” Dantego. Główny bohater musi zmierzyć się nie tylko z Jokerem czy Killer Crockiem, ale przede wszystkim z samym sobą. Oniryczne i psychodeliczne dialogi, niuanse ukryte między kadrami, które nawet bez dymków zdają się przemawiać do czytelnika. Zamaskowany Krzyżowiec schodzi po kolejnych stopniach na których spotyka swych wieloletnich arcywrogów. Każdy z nich stara się na swój sposób wciągnąć w ramiona szaleństwa.

Ale nie o samym Batmanie jest ten tom. Autorzy pokazują też genezę Azylu. I tego kto go stworzył. Amadeusz Arkham, bo o nim tutaj mowa, początkowo jawi się jako nieco skostniały, ale moralny człowiek mający za sobą traumatyczne przeżycia związane z chorą psychicznie matką. Stąd też jego misja stworzenia ośrodka dla cierpiących duchem. Morrison nie daje jednak Arkhamowi stać się statecznym ojcem- założycielem. Jego losy zagadkowo splatają się z Batmanem.

McKean a znam ze współpracy z Neilem Gaimanem i to nie tylko na płaszczyźnie tworzenia okładek do serii „Sandman”. Tutaj artysta współtworzy album w naprawdę ogromnym stopniu. Przeplatane sceny z Batmanem i Amadeuszem Arkhamem idealnie się pokrywają. Tworząc tym samym wrażenie jednego, spójnego w swym hipnotycznym nastroju snu. W „Azylu Arkham” McKena pokazuje wszystko co najlepsze. Kończąc czytać tom odbiorca może dojść do wniosku, iż nie wie czy to Batman, czy on miał okazje odwiedzić przybytek szaleńców.

Wokół „Azylu Arkham” powstało wiele legend. To w jaki sposób i pod wpływem czego tworzył scenariusz Morrison i jak nieco naginał go McKean. To ile odniesień do sztuki i mitologii znajduje się na kartach komiksu. I wreszcie – o stanie psychicznym Mrocznego Rycerza, który nie jawi się tutaj jako mroczny obrońca, a ktoś balansujący na granicy szaleństwa.

Egmont wydał tom w ramach serii DC Deluxe. Obok samej historii jest więc pierwotna fabuła Granta Morrisona, galerie okładek zagranicznych wydań, a nawet zdjęcie maski na której był wzorowany tutejszy Joker.

Historia, do której od czasu do czasu wracam, odkrywając coraz to nowe wątki i rozkoszując się tymi, które znałem. Dowód na to, że komiks równy jest klasycznej literaturze. Na trwale zapisały mi się swego rodzaju karty pacjentów. W których jedna należała do Bruce’ a Wayne’ a. Znakomite podsumowanie i wisienka na torcie komiksu, który łamie granice w równym stopniu co legendarne dzieła Millera.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.
Komiks możecie bezpośrednio zakupić w internetowym sklepie Egmontu