Batman: Zagłada Gotham

Batman Zagłada Gotham
5.00 avg. rating (98% score) - 1 vote

Batman to postać, która jest nader plastyczna. Zdolni twórcy nawet ocierając się o kicz potrafię stworzyć z niej coś nowego, ale jednocześnie nie burzącego jej legendy. Nie sposób wymienić wszystkich alternatywnych wersji Mrocznego Rycerza, czy to z Elseworlds, czy innych serii przedstawiających rozmaite warianty herosa. W Batman: Zagłada Gotham tytułowy bohater może nie wyróżniał się zanadto wśród całej plejady swych odmian, ale bez wątpienia jego twórca, Mike Mignola, miał na niego znakomity pomysł. Autor miał już do czynienia z postacią Zamaskowanego Krzyżowca przy okazji pracy Batman: Gotham w świetle lamp gazowych, tutaj zaś wchodzi jeszcze głębiej w mrok.

Gotham. Rok 1928. Bruce Wayne i jego najbliżsi współpracownicy- Dick Grayson, Jason Todd, Tom Drake i Alfred Pennyworth- wracają po latach awanturniczych podróży. Wracają z Przylądka Wiktorii, gdzie uprzednio zaginęła wyprawa profesora (sic!) Cobblepota. A to co tam zobaczyli nie nadaje się bynajmniej na Animal Planet. Aczkolwiek pingwinków kilka jest. Na miejscu szybko okazuje się, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Jedyny żywy/ nieżywy członek wyprawy Cobblepota nie jest skory do wyjaśnień, a wojaże Wayne’a na Antarktykę nie były tylko przypadkową zachcianką milionera. Mignola wplata w historię Gotham ingerencje nadnaturalnych sił, nie będących, co oczywiste, przyjaznym jego mieszkańcom. Klątwa jaka ciąży na mieście jest ściśle powiązana z rodem Wayne’ów, a maczać w niej palce będzie sam R’as Al-Ghul, będący wyznawcą potężnej istoty zwanej Iog-Sotha.

Co wyjątkowego jest w tej wersji Batmana ? Ano to, iż Mignola obficie czerpał inspirację z twórczości H.P. Lovecrafta i jego Zewu Cthulhu. Samotnik z Providence to twórca zasłużony dla horroru, a o nim samym można by napisać naprawdę wiele. Fakt, iż stanowi natchnienie dla wielu twórców, w tym dla Mike’a Mignoli świadczy o jego wielkosci i ponadczasowości. Twórca Hellboy’a ukazał Batmana mroczniej i dojrzalej. Nie ma tu tak silnego motywu superbohaterskiego. W realiach tego komiksu nie ma  nawet miejsca dla zamaskowanych bohaterów, o czym świadczy rola Olivera Queena. Mimo, iż przejawia on ciągoty do strzał, to do zielonego wdzianka a la Robin Hood mu daleko. Batman: Zagłada Gotham, nie budzi strachu rodem z horrorów klasy C, a wewnętrzny, podskórny niepokój. Przyczajony gdzieś w głębi ludzkiej duszy, niczym u mistrza Lovecrafta.

Kreska Troy’a Nixey’a tworzy klimat, przy którym czułem się nieco niepewnie. Mike Mignola nie mógł wymarzyć sobie lepszego rysownika do stworzenia historii z udziałem Batmana w klimacie Lovecrafta. Gotham od zawsze było miastem, na którego widok miało ochotę się zawrócić, lecz tutaj na dodatek wizualizacja miasta zmusza do zmówienia modlitwy i zaopatrzenia się w leki uspokajające. Niepokój budzi tu wszystko- od pingwinów po straszliwy los Harvey’a Denta. Jeśli miałbym wybrać ilustratora dzieł Lovecrafta- wybrałbym właśnie Nixey’a.

Mike Mignola pomysłowo wykorzystał klasyczne postaci ze świata DC. Harvey Dent, Oswald Cobblepot, Oliver Queen i inni mają nieco wspólnego ze swoimi oryginalnym wersjami. Ale nie na tyle, aby wrzucić ich do worka z napisem „Kolejne alternatywne wersje”. Dawka podobieństw jest czysto symboliczna, a poza nią- niemal homeopatyczna. W ten sposób Mignola od zbudował postaci potrzebne mu do stworzenia odpowiedniego klimatu- nie niszcząc pierwowzorów, ale też nie czerpiąc z nich nadmiernie.

Jako dodatek otrzymuje debiut demona Etrigana, mającego okazje pojawić się również w Sandman: Preludia i nokturny Neila Gaimana. I trzeba przyznać, że ta debiut tej niesamowitej postaci wykreowanej przez samego Jacka Kirby’ego jest pięknym aperitifem po mrocznym opowiadaniu Mignoli i Nixey’a.

Batman: Zagłada Gotham  wydane w ramach Wielka Kolekcja Komiksów DC Comics to komiks stanowczo niedoceniany. Mignola wymieszał mitologię Batmana i mitologię Ctuhlu tworząc coś, co powinno dawać się za przykład tym, którzy chcą dać światu kolejną, alternatywną wersję kultowej postaci DC.  Mignola pokazał, że nie tylko Anung Un Rama pod jego piórem wygląda bardzo dobrze.