Amerykańska Liga Sprawiedliwości- Rok Pierwszy tom 2

Wielka KOlekcja Komiksów DC Comics tom 16

 

Ciąg dalszy początków Amerykańskiej Ligi Sprawiedliwości. Grupa staje się coraz lepiej zgrana i coraz bliższa sobie, lecz nad jej głowami zbierają się czarne chmury. Organizacja Locus, wycofana teraz nieco w cień, przygotowuje się do zrealizowania swoich planów, zaś sama Liga zajęta jest innymi kłopotami. Prawdziwe problemy jednak nadejdą i będą solidnym egzaminem dojrzałości dla grupy żółtodziobów.

Obok warstwy lekkiej akcji występują tu też ciekawe profile psychologiczne i relacje superbohaterów. Burza zaczyna się, gdy początkujący herosi spotykają Supermana. Jedni zafascynowani Człowiekiem Ze Stali od razu proponują mu członkostwo z Lidze, inni- nieco sceptyczniej do niego nastawieni- kręcą nosem. Gdy ten jednak odmawia udziału w zabawie obie strony tracą impet.  Dalsze wydarzenia jednak sprawiają, że Liga znów zbiera szeregi i dołączają do niej inni herosi, również ci pamiętający poprzednią erę, w której udział swój miała matka Black Canary.

Pozornie fabuła opiera się na klasyce fabularnej komiksu superbohaterskiego, czyli inwazji z kosmosu. Wszyscy to znamy i ziewamy, gdy o tym słyszymy. Mark Waid udowodnił tu swój kunszt pisarski i przedstawił ową ofensywę w sposób, któremu mogliby pozazdrościć autorzy Tajnej Inwazji. Komiks Marvela był mroczniejszy i dojrzalszy, ale skomplikowanie całej opowieści poprzez jej rozmach i rozrzucenie jej na masę tie-innów sprawia, że Amerykańska Liga Sprawiedliwości: Rok Pierwszy ją wyprzedza o kilka długości.

O rysunkach pisałem przy okazji recenzji pierwszego tomu. W drugim tomie Barry Kitson pokazał coś więcej- scena z Green Lanternem pozwalającym sobie na solidny pokaz mocy czy mnogość bohaterów i anty- bohaterów. Innymi słowy- rysownik zgrał się dobrze z zamysłem fabularnym artysty prezentując członków Ligi i ich kolegów po fachu w standardowych trykotach. tak jak gacie Supermana i tym podobne kwiatki z epoki, lecz cała mimika, postawy i sposób przedstawienia walki to widok pasujący do innych czasów. Wystarczy rzut oka na okładkę by wiedzieć o co chodzi.

Drugi tom historii mówiącej o początkach JLA to dzieło umiejętnie łączące klasyczny klimat z nieco nowocześniejszym spojrzeniem na świat trykociarzy. Nie jest to więc ani Stan Lee, ani Alan Moore. Waid pozwala sobie na pochodzące z nieco innej epoki rozwiązania, lecz dodaje do nich sporo dawki realizmu co w efekcie daje naprawdę poczytną opowieść.

Dodatkiem jest tu pierwsze pojawienie się Martian Manhuntera. Genezę J’onna J’onnza znają wszyscy, a bardzo oldschoolowy klimat opowieści nie przeszkadza- wręcz przeciwnie, pozwala na pewne zanurzenie się w epoce wszechobecnych dymków i nieskazitelnych herosów.