Wojna Robinów

wojna robinow

Krótko po odejściu Batmana do jakiego przywykliśmy na ulicach miasta pojawiły się grupy samozwańczych herosów, tytułujących się Robinami. Nie mieli oni jednak wiele wspólnego z oryginalnymi pomocnikami Mrocznego Rycerza, poza literką ‚R’ na ubraniach w barwach charakterystycznych dla Cudownego Chłopca. I o ile dawni Robini jakoś znieśliby ten fakt, to aktualny Robin, będący sam w sobie dość wrednym typkiem, nie może przepuścić faktu, że niewyszkolone żółtodzioby noszą miano dziedzica majątku Wayne’ów. Szybko jednak okazało się, że Damien Wayne to najmniejszy problem Robinów i że kłopoty z jakimi przyjdzie im się zmierzyć są czymś więcej, niż grupką oprychów.

Samozwańczy obrońcy porządku w wieku nie pozwalającym na zakup napojów alkoholowych  to nic nowego w mieście Gotham. Sęk w tym, że dotąd na młodzikami unosił się cień nietoperzowych skrzydeł, a oni sami przejawiali podstawowe zasady odpowiedzialności i bezpieczeństwa. Z grupą Robinów jest nieco inaczej- żaden nie był mianowany na to stanowisko przez Bruce’a Wayne’a, a tym samym nie trenował od jego czujnym okiem. A Gotham to nie mieścina gdzie można założyć maskę zamówioną z internetu i hasać do woli z koleżkami po mieście tłukąc bandytów. Pomijając kwestię rezydentów Arkham, w Gotham istnieją siły, które nawet dla jego naczelnego obrońcy są wyzwaniem.

Kłopoty zaczynają się gdy podczas szamotaniny w czasie napadu, w którym ginie policjant i rabuś, zaś Robin- samozwaniec uchodzi przez siłami porządkowymi, niczym pospolity przestępca. Włodarze miasta, na czele z radną Noctuą wydają rozporządzenie zakazujące jakiejkolwiek działalności ludziom ze znaczkiem ‚R’. Młodzież ma jednak skłonności do buntu, ale przez wspomniane braki w wyszkoleniu i zwyczajną amatorszczyznę wielu z nich trafia za kraty. I tu pojawiają się na scenie oryginalni Robini- w pełnym, czteroosobowym składzie. Biorą oni pod swe skrzydła waleczną młodzież, lecz… Byłoby zbyt pięknie, gdyby w Gotham pojawiła się armia wyszkolonych stróżów prawa, prawda?

Rysunkowo Wojna Robinów trzyma fason. Twórców jest tu naprawdę wielu i każdy prezentuje podobny styl, no może z wyjątkiem… No właśnie kogo? Egmont nie popisał się i nie uporządkował szeregu nazwisk artystów do ich dzieł. Dlatego też niechaj twórca pozostanie anonimowy, a jedynie co o num wiadomo to fakt, że ilustrował opowieść mające miejsce na szkolnym kampusie z udziałem naprawdę świeżo wybudzonego Szpona.

Wojna Robinów pozostawia pewien niedosyt. Główny adwersarz, Trybunał Sów, jest nieco wyblakły w porównaniu z czasów swego debiutu. Sowy nadal sieją zamęt, a Robini wyraźnie ustępują im pola, ale gdzieś zniknęła atmosfera niepokoju i tajemniczości towarzysząca tej organizacji. Również zachowanie Rabinów- amatorów bywa niekiedy irytujące. Momentami wydaje się nawet, że zapomnieli z kim mają do czynienia biorąc Trybunał za podchmielonych żulików żądających pieniędzy z kasy na stacji benzynowej. Tyczy się to również oryginalnych Robinów- ci z kolei są brani a to za półbogów, a to za równych im koleżków z ‚R’ na klapie. Wyjątkami są takie persony jak Duke Thomas czy Dax. Podsumowując- komiks ten jest dobry, ale z takim potencjałem fabularnym mógłby być dużo lepszy.

I na koniec kilka moich osobistych rozważań. Ze wszystkich Robinów zawsze jakoś najbardziej ceniłem Dicka Graysona. To on zdołał unieść ciężar peleryny Batmana i pozostając chyba najwierniejszym uczniem Wayne’a, potrafił stać się najbardziej samodzielny i indywidualny. Wojna Robinów nieco namieszała mi w głowie. Dotąd irytujący i będący uosobieniem cech, których nie powinien posiadać Robin, Damien Wayne wyróżnił się w niej pozytywnie na tle starszych braci. Jako jedyny biologiczny syn Bruce’a może i nie ma samodyscypliny swego ojca, ale skutecznością i pasją nie zawodzi patriarchalnych oczekiwań.