Uniwersum DC Odrodzenie

Uniwersum DC Comics Odrodzenie

Gdy zobaczyłem, że Uniwersum DC Odrodzenie znajdzie się w ekskluzywnej linii DC Deluxe byłem nieco zdziwiony. Ani nie jest to historia zbyt długa, ani też jeszcze nie dorobiła się statusu legendy- to co jednak ma tam miejsce w pełni uzasadnia taki właśnie format. Oto świat DC- świat Batman, Supermana i innych klasycznych herosów łączy się ze światem Strażników- ultra- realistycznych realiów świata Alana Moore’a, w którym superbohaterowie wcale nie byli super, a nad wszystkim wisiało widmo atomowej wojny.

Głównym narratorem jest Wally West. Ten sam Wally West, którego zabrakło w świecie New 52!, a który teraz nagle pojawia się próbując ostrzec swych przyjaciół przed nowym zagrożeniem. Nie jest on jest w wieku, w którym widzieliśmy go po raz ostatni- o czy świadczy żółty strój Kid Flasha. Powrót do żywych nie jest jednak łatwy- Batman, ukochana Linda, członkowie Teen Titans- wszyscy oni zdają się kompletnie nie pamiętać o osobie znanej jak Wally West. Ten jednak się nie poddaje, a jego pojawienie się jest dopiero początkiem rewolucji.

W międzyczasie mamy okazje poznać po raz pierwszy Ozyma… Mr. Oza, który jeszcze pokaże na co go stać. Autorzy serwują nam też kilka nawiązań do Strażników- nie są to dzięki Niebiosom nawiązania o subtelności Gołoty, a sugestywne kadry mówiące, iż pewien błękitny bóg atomu maczał paluchy w linii czasowej.

Rysunkami zajęły się nazwiska takie jak Brad Anderson, Ivan Reis czy Ethan Van Sciver- i jest to plejada godna tak podniosłego wydarzenia jak to. Artyści ci prezentują styl, który pasuje do komiksu superbohaterskiego, bez artystycznych ciągot w stylu McKean’a czy J.H. Williamsa III. Ma być widowiskowo i jest, zaś za plansze ukazujące pamiętny zegarek na Marsie czy Batmana z przypinką należącą do Komedianta- oklaski i czołobitnia.

Komiks, choć króciutki, jest dobry i zachęca do dalszego zagłębiana się w tą nowy szlak jakim podąża DC. Emocje rozpala udział postaci Moore’a, ale dla mnie największym plusem jest powrót do korzeni- w końcu herosi odbudują swe dawne relacje, a wszelkie dziwactwa mają szansę na stabilizację- przynajmniej taką mam nadzieję. Warto mieć tę pozycję na półce- jest to punkt przełomu, ważny dla każdego fana DC i komiksu superbohaterskiego.

PS: Połączenie klasyki DC z różniącą się diametralnie wizją Alana Moore’a jest ryzykowne. Tom autorstwa Geoffa Johnsa ostrożnie, lecz i nie nadmiernie flegmatycznie odsłania karty i budzi nadzieję, iż nie dojdzie do komercyjnej profanacji. Myślę, że może wyjść z tego coś fajnego i że porównując z światem Marvela, gdzie wydarzenia idą w kompletnie innym kierunku związanym z Secret Empire nie będziemy mieli w końcu wrażenie, że oba światy w jakikolwiek sposób się dublują i otrzymamy dwa odmienne światy superbohaterskie. Jest tylko jeden dylemat związany z czczonym przeze mnie Alanem Moore’m- człowiek ten zrobił dla komiksu wiele, jego dokonania są porównywalne do tych Stana Lee czy Willa Eisnera- ciężko jest znaleźć wśród jego dzieł pozycję, która nie byłaby co najmniej dobra. Jego relacje z DC zaś od dawna nie są dobre, a Odrodzenie na pewno tego nie poprawi. Juz cykl Strażnicy Początek był przez niego krytykowany- co tu mówić o fuzji jego zamysłu z klasycznym światem superhero. Rodzi się więc pytanie- czy DC lekko nie przegięło? Jest nieco za wcześniej by mówić o profanacji, a powyższy komiks budzi na dzieję na rozwój sprawy w dobrą stronę, a same okładki zapowiaające Doomsday Clock są prawdziwą gratką, ale… No właśnie. Pozostaje nam czekać co najmniej co listopada i premiery pierwsze z dwunastu części tegoż eventu. I miejmy nadzieję, że słynący z uprawiania magii Alan Moore do tego czasu nie rzuci fatalnych w skutkach zaklęć na wydawnictwo, pozwalając im na zaprezentowanie swej wizji.