WKKDC #31 – Superman: Brainiac

maxresdefault

Czytając komiksy z Supermanem często zapominamy o jednym, istotnym fakcie- Clark Kent to kosmita. Oczywiście nader ludzki kosmita, a przy Marsjaninie łowcy czy całej bandzie ufoludów chociażby z Korpusu Zielonych Latarni wydaje się on niemal człowiekiem, ale to „niemal” jest tu kluczowe. Z pozaziemskim pochodzeniem Supermana wiąże się wiele rzeczy- ciężar głównego dźwigającego dziedzictwo Kryptona nawet dla niego nie jest lekki, lecz jest błahostką w porównaniu z innym aspektem kosmicznych korzeni- z zagrożeniami, które nawiedzały jego ojczyznę, zanim uległa zagładzie. Jednym z nich jest Brainiac. Tajemniczy i do końca nieodgadniony kosmita, mający w sobie coś z marvelowskiego Kolekcjonera, a coś z Galactusa. Geoff Johns i Gary Frank mierzą się z próbą ukazania postaci coulenina na nowo, odkrywając jego tajemnice.

Wszystko wskazuje na to, że Brainiac powrócił. Będący stałym przeciwnikiem Kal- ela kosmita tym razem jednak może okazać swe prawdziwe oblicze, takie, którego dotąd nie było dane poznać nawet jemu. We wszystko wplątana jest również Supergirl, która jak się okazuje pamięta co stało się z Kandorem, a tym samym miała niemal bezpośrednio kontakt z działaniami Brainiaca. Superman, oderwany od swych ziemskich spraw, wyrusza, by spotkać się ze swoim odwiecznym przeciwnikiem na bardziej neutralnym niż jego druga ojczyzna gruncie.

Geoffa Johnsa stawiam w tym samym szeregu scenarzystów co Briana Michaela Bendisa. Tworzy on dużo i odpowiada za ważne wydarzenia w uniwersum DC, podobnie jak BMB w Marvelu, lecz podobnie jak on nie zawsze robi to na równym, zadowalającym poziomie. Twórca ten potrafi stworzyć takie perełki jak Batman: Ziemia Jeden czy Wieczne Zło, ale w natłoku obowiązków czasem nakreśli historię, po której przeczytaniu natychmiast o niej zapominam. Mówiac prościej- ogromny talent, wspaniała wyobraźnia, lecz i skłonność do tworzenia masówek i chodzenia łatwiznę. W Superman: Brainiac mamy okazję zobaczyć na szczęście jego lepszą stroną– odważną, ale nie obrazoburczą. Wciągającą, ale nie przytłaczającą nadmiernie wydumanymi rozwiązaniami.

Styl Gary’ego Franka najłatwiej rozpoznać przypatrując się mimice twarzy. Artysta cechuje się, zarówno w ich przypadku, jak i w całokształcie swej twórczości dużym realizmem, czasami nawet zakrawającym o przejaskrawienie. Nie bez powodu właśnie wspomniałem o dumnych licach herosów- niekiedy Frank chce za bardzo podkreślić konkretny wyraz twarzy sprawiając, iż staje się ona nieco nienaturalna. Koniec z narzekaniem- wszak pomysł na Brainiaca jest niesamowity. Dotąd sprawijący wrażenie jajogłowego arcyłotr budził respekt swym intelektem. Tutaj jego potężna sylwetka, przy której nawet Superman wydaje się być mizerny, naprawdę robi wrażenie. Również wnętrze jego statku, przypominające nawet filmy Jamesa Camerona z udziałem uroczych inaczej Ksenomorfów, wydaje się być czymś groźnym dla ubranego w wesołe, niebiesko- czerwone barwy superbohatera. Najlepsze jest jednak zakończenie historii- emocjonalne, nieprzewidywalne i udowadniające, że Superman może i jest Ostatnim Synem Kryptona, ale w takiej samej mierze jest synem Ziemi.

Superman: Brainiac to nie kolejna opowieść o walce herosa z jego kanonicznych przeciwnikiem. Geoff Johns nadaje tej potyczce nowy wymiar- Kal- el ukazywany jest niej nie jako krzepki superbohater, a jako jednostka zdecydowanie ustępująca intelektem i sposobem pojmowania świata swemu adwersarzowi. Jak widać nie potrzeba kryptonitu, aby Superman mógł poczuć się zagrożony. Komiks Johna i Franka to również ważna opowieść w kontekście dziedzictwa i pochodzenia tytułowego bohatera- jego roli w ludzkim społeczeństwie jako obrońcy ludu, ale też dziedzica swej nieistniejącej ojczystej planety. W bonusie dostajemy debiut Brainiaca w Action Comics #242, który wręcz razi różnicą między współczesnym, a pierwotnym pomysłem na tego złoczyńcę.