Action Comics tom 1: Ścieżka Zagłady

action-comics-sciezka-zaglady

Recenzja może zawierać spoilery

Wydawanie serii wchodzących w skład „Rebirth” rozkręciło się na całego. Egmont nie ograniczył się do kilku serii, tylko wystartował z grubej rury. Wśród całej gamy tytułów nie zabrakło takich mocarzy jak „Detective Comics” i „Action Comics”. Ups.. Chyba zbyt wcześnie zdradziłem swoją opinię na temat „Action Comics”. W związku z tym nie przedłużam, tylko zachęcam do moich wypocin na temat „kolejnej” serii o Clarku.

„Action Comics” za Rebirt to jedna z lepszych rzeczy jaka mogła spotkać Supermana w całej jego historii. Seria na nowo przywraca to co najlepsze w Supermanie. Nie mamy tutaj kolejnych nudnych akcji, które są w dziwny sposób naciągane, pozbawione sensu i co gorsza, przedłużane (ukłony do New52). W Rebirth na dobre żegnamy znanego nam Supermana z New52 (polecam lekturę „Superman – Ostatni dni Supermana”) i witamy „nowego” Człowieka ze Stali. Nie bez powodu słowo „nowego” zostało ujęte w cudzysłowie, bowiem scenarzyści przywrócili Clarka post-flashpointowego. Był to zdecydowanie strzał w dziesiątkę. Superman na nowo stanowi symbol nadziei, a jego doświadczenie doskonale odnajduje się w naszym świecie.

Pieczę nad serią sprawuje Dan Jurgens. Znajome nazwisko? Jeśli nie to koniecznie nadróbcie zaległości w postaci kultowego komiksu „Superman: Śmierć Supermana”. Jurgens kolejny raz sięga po sprawdzony przepis i na nowo przedstawia nam pojedynek pomiędzy Supermanem i Doomsdayem. Czy taki zabieg ma sens? Wydawać, by się mogło, że jest to bezcelowe. Ile razy możemy w kółko oglądać to samo starcie? Jeśli tak pomyśleliście to byliście w błędzie. Starcie bohaterów w rękach Jurgensa to istny majstersztyk. Nie brakuje akcji, a emocje wylewają się z każdego kadru. Czytelnik do samego końca nie jest pewny wyniku starcia. Na rękach pojawia się ta sama gęsia skórka, która towarzyszyła podczas pierwszego czytania „Śmierci Supermana”.

Z przykrością muszę stwierdzić, że Jurgens popełnił pewien błąd. Scenarzysta wprowadził do serii wiele ciekawych wątków, które w dalszych momentach doczekały się niezłego rozwinięcia. Z przykrością muszę stwierdzić, że Jurgens zwyczajnie przesadził i w pewnym momencie odczuwało się przesyt wszystkiego (z jednej strony Luthor, potem Doomsday, nagle Clark?, w międzyczasie Lois z mocami, a na domiar wszystkiego Wonder Woman – więcej się nie dało?).

Rysunki są obłędne. Stanowią one prawdziwą ucztę dla oka. Szkice idealnie obrazują postacie oraz oddają dynamikę toczących się starć. Po skończeniu komiksu niejednokrotnie wracałem do pewnych kadrów, aby nacieszyć swoje oko.

Czy warto sięgnąć po pierwszy numer serii „Action Comics”? Oczywiście, że tak! Obecnie jest to najlepsza seria z przygodami Człowieka ze Stali, którego na nowo czyta się z rumieńcami na twarzy i nie można oderwać się od lektury. Amerykański rynek jest daleko w przód z zeszytami serii. „Action Comics” śledzę na bieżąco i z ręką na sercu mogę Wam obiecać, że nie zawiedziecie się na tym tytule. Tym bardziej warto sięgnąć po wydania Egmontowe, które wstyd nie brać, jeśli kosztują tylko 40zł.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.
Komiks do nabycia w internetowym sklepie Egmontu.