Liga Sprawiedliwości Tom 1: Maszyny Zagłady (Odrodzenie)

Justice_League_Rebirth_Vol_1_1
5.00 avg. rating (99% score) - 1 vote

Jeżeli okres pisania „JLA” przez Granta Morrisona możemy nazwać Złotą Erą tego zespołu, to „Justice League” z The New 52 pod kierownictwem Geoffa Johnsa z czystym sumieniem możemy nazwać jego Srebrną Erą. Była to jedna z najlepszych serii, na łamach której działy się najważniejsze wydarzenia poFlashpointowego świata DC: pierwsza inwazja Darkseida, wojna Trójki, konflikt o tron Atlantydy, najeźdźcy z Ziemi 3, czy kończące serię drugie spotkanie z Darkseidem i resztą Nowych Bogów trzymały nas w napięciu przez 5 lat trwania serii. Skład drużyny też był niezwykle ciekawy i nieustannie się zmieniał. Poza klasycznymi bohaterami pokroju Batmana, Supermana, Wonder Woman, Aquamana czy Flasha w drużynie pojawiały się takie postacie jak Cyborg, Lex Luthor, Shazam (znany wcześniej jako Captain Marvel), Captain Cold, Element Woman czy dzierżąca karmiący się strachem właściciela pierścień mocy z Ziemi 3 Power Ring. Seria tak ważna dla wydawnictwa i prowadzona tak dobrze przez ostatnie lata powinna wejść w Odrodzenie na przynajmniej na takim samym poziomie, prawda? No, wręcz przeciwnie…

Drużyna zaliczyła małe przetasowanie po zakończeniu The New 52. Superman zginął, Shazam i Luthor odeszli, a Hal Jordan (pierwszy ziemski Green Lantern) jest zajęty sprawami Korpusu. Rekomenduje on jednak dwie najmłodsze stażem ziemskie Latarnie – Simona Baza i Jessicę Cruz – do zajęcia jego miejsca (a wcześniej do ścisłej współpracy scalając ich baterie w jedną). Drużyna dość szybko nawiązuje kontakt z nowym/starym Supermanem pamiętający jeszcze poprzednią Ziemię, sprzed zmian wywołanych przez Flashpoint. Choć wszyscy kochamy starego Supermana, Jessica i jej walka z brakiem wiary w siebie jest ciekawym aspektem budowania postaci nowej Latarniczki, a Simon bardzo zręcznie unika bycia zaszufladkowanym przez swoje pochodzenie, to w „Maszynach Zagłady” postacie te są prawie karykaturami samych siebie. Najczęściej powtarzaną kwestią przez Batmana jest ” XYZ, potrzebuję Cię w…”. Wonder Woman zachowuje się jak wkurzony dresiarz niszcząc w pył całe wyposażenie posiadane przez pewnych lokalnych terrorystów i kwitując to zdaniem „Wkurzyłam się”, a podczas walki zachowuje się tak, jakby nie zależało jej na własnym życiu (choć to może tłumaczyć śmierć jej ukochanego pod koniec The New 52). Superman spędza 80% swojego „czasu panelowego” robiąc w zasadzie jedną rzecz. Aquaman jest wolnym elektronem tej historii, wychodząc z wody na samym jej końcu, a trudno nie śmiać się widząc Cyborga po raz kolejny w takich samych tarapatach. Jedynie Flash i Latarnie są tutaj tacy, jacy powinni być, ale mam obiekcję to do ich relacji. Dobrze wiemy jaka wyjątkowa przyjaźń łączy Barry’ego i Hala. Tutaj Jessica jest zauroczona w Barrym i wpatrzona w niego jak w obrazek, a Simon próbuje sprowadzać ją na ziemię.

Historia przedstawiona w tym tomie jest tak bezsensowna, jak dziwna. Nie zdradzając zbyt wiele, Liga musi zmierzyć się z trzema zagrożeniami na raz: tajemniczymi kulami umieszczonymi w głębi Ziemi, które powodują katastrofalne w skutkach trzęsienia ziemi, inwazją owadopodobnych kosmicznych stworzeń niewiadomego pochodzenia, które zbierają żniwo pośród niewinnych ludzi, oraz dziwnej mocy która opętała tysiące ziemskich cywilów i przemieniła ich w… musicie samo zobaczyć te abominacje. To jest tym bardziej niedorzeczne, że nie dostajemy jakiejkolwiek odpowiedzi na pytania o naturę tych zagrożeń. To nawet nie jest cliffhanger, ten komiks po prostu zawodzi w odpowiadaniu na postawione przez siebie pytania. Dodatkowo, „Liga Sprawiedliwości” zawsze była serią, która ukazuje wielkie, epickie wydarzenia zmieniające układy sił w świecie DC, ale nie stroniła też od humoru, głównie tworzonego przez relacje i interakcje postaci. Tutaj szczytem humoru jest Jonathan Kent oferujący Batmanowi ciastka. Świetnie.

Nie krytykuję jednak wszystkiego w tym komiksie. Warstwa graficzna jest świetna. Zarówno Tony S. Daniel jak i Jesús Merino robią świetną robotę. Pancerz Aquamana wygląda niesamowici, z twarzy członków Ligi wyczytać możemy każdą emocję a sceny bitew oddają z niesamowitą pieczołowitością zawieruchę walki. Zabrzmi to jak antyteza wszystkiego, co przez lata powtarzam moim „niezorientowanym w temacie” znajomym, ale „Maszyny Zagłady” raczej się ogląda, niż czyta.

„Liga Sprawiedliwości: Maszyny Zagłady” zdecydowanie nie jest dobrą historią. Ma wiele problemów z prowadzeniem wątków i robi z naszymi bohaterami rzeczy, które nie służą im najlepiej. Jest to krok w złą stronę. Całość ratuje jeszcze Tony S. Daniel jako główny rysownik, ale to za mało, by uznać ten komiks przynajmniej za przeciętny. Możemy mieć jedynie nadzieję na to, że tom drugi „Epidemia” wypadnie lepiej.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.
Komiks do nabycia w internetowym sklepie Egmontu.