The Green Lantern #1

5.00 avg. rating (98% score) - 1 vote

Postać Zielonej Latarni nie ma na naszym rynku tyle szczęścia co Batman, Superman czy choćby Wonder Woman. Nieliczne pozycje z WKKDC i tytuł Hal Jordan i Korpus Zielonych Latarni to w moim odczuciu zdecydowanie za mało. Tym bardziej że Pierścień Mocy nosiło kilkoro bohaterów, z których każdy zasługuje na poznanie. Tymczasem na rynku amerykańskim niedawno miejsce miała premiera nowej serii „The Green Lantern” Granta Morrisona i Liama Sharpa. Seria z założenia miała opowiadać o działalności Hala Jordana jako kosmicznego stróża porządku, na chwilę odsuwają jego konotacje z Ligą Sprawiedliwości. Czy to się udało i czy Morrison stworzył coś godnego swego nazwiska- przyjrzyjmy się pierwszemu zeszytowi jego runu,

Zamysł autora znajduje swe odzwierciedlenie już na pierwszych planszach. Oto Zielona Latarnia sektora 2018.2 mierzy się z humanoidalnym pająkiem, broniąc oczywiście słabszych przed jego zapędami. Powiecie, że to o niczym nie świadczy, ale dalsze wydarzenia potwierdzają policyjny charakter The Green Lantern. Wziąć należy jedynie poprawę, iż miejscem akcji jest kosmos, a gliniarzami potężni Green Lanterni. Hal Jordan to szczególny rodzaj postaci. Brawurowy, a niekiedy i lekkomyślny pilot został wybrany właśnie ze względu na swą odwagę i siłę charakteru do roli Zielonej Latarni. Ciężko jest utrzymać ten wizerunek tak, aby równolegle prowadzić jego sylwetkę jako strażnika z kosmosu ścierającego się z naprawdę międzygwiezdnymi kłopotami. Jak rozwiązał to Morrison? Przede wszystkim kosmos to rozbudowane uniwersum, pełne niesamowitych istot i planet swą florą dalekich od Ziemi. James Gunn odniósł sukces, mieszając właśnie motywy rodem z SF z awanturniczą przygodą. To samo jest w The Green Lantern, przyprawione jednak solidną dawką policyjnej opowieści.

Wizualnie Liam Sharp porwał mnie prosto w odmęty kosmicznej przestrzeni. Jego prace mają w sobie odrobinę klimatu retro SF, troszkę Jima Starlina i sporo dozę fantastycznej psychodelii. Sharp nie pozwala czytelnikowi się nudzić. Tło tworzy nastrój, nadaje ogólny klimat i uzupełnia pierwszy i drugi plan. W końcu też zwierzchnicy Lanternów wyglądają jak należy na kosmicznych nadzorców porządku, bez ubrania ze sklepu mistrza Yody. Pojawia się symbol, który zapewne zazębi serię z Doomsday Clock…

Pierwszy zeszyt The Green Lantern to jedna z tych pozycji, których z niecierpliwością oczekuję i u nas, mimo iż na dobrą sprawę ledwie ruszyły za oceanem. Hal Jordan miał szczęście do kilku wybitnych historii i wszystko wskazuje na to, że Grant Morrison i Liam Sharp zapiszą się złotymi zgłoskami w jego historii. Co mogę powiedzieć więcej? Jest to jedna z nielicznych zeszytówek, które mam zamiar nabyć w oryginale, nie czekając na wydanie zbiorcze w naszym język