Aquaman – Recenzja Filmu

5.00 avg. rating (98% score) - 1 vote

Za nami premiera kolejnego filmu od DC Comics – Aquaman”. Produkcja w pierwszych dniach po premierze odnotowała ogromne zarobki i pochwalne oceny. Czy faktycznie jest czym się zachwycać? Czy WB i DC wyciągnęły wnioski z poprzednich błędów? Przekonajcie się sięgając po opinie naszych redaktorów!

Opinia Sebastiana

„Aquaman” to przede wszystkim film przygodowy z prostą historią, podczas której główny bohater odkrywa swoje powołanie. W trakcie historii zgłębiamy dziedzictwo Arthura, poznajemy mnóstwo innych postaci, zgłębiamy bajeczne królestwo Atlantydy. Wszystko zostaje zwieńczone przewidywalnym zakończeniem, które wcale nie psuje przyjemności z seansu.

Podczas seansu czuć ogromną inspirację serią „Aquaman” ukazującą się za czasów New52. Zaczerpnięty zostaje główny motyw rozgrywający się w komiksowym evencie „Throne of Atlantis”. Zapożyczone zostają również komiksowe originy bohaterów. Część motywów komiksowych zostaje idealnie odzwierciedlona, przy niektórych zachodzą mniejsze lub większe modyfikacje. Wprowadzone zmiany nie wpływają negatywnie na jakość filmu. Większość zmian wychodzi na plus, choć przy niektórych można mieć pewne zastrzeżenia.

Narzekaliście przy wcześniejszych produkcjach DC, że ich filmowe uniwersum jest mroczne? Zmienicie zdanie po „Aquaman”. Film z każdej strony bije zróżnicowaną paletę kolorów. Przedstawiony świat jest bajeczny, a różne scenerie, zarówno podwodne jak i pustynne, wypełnione po brzegi jasnymi kolorami. Właśnie takiej Atlantydy oczekiwałem. Za serce złapała mnie akcja w tzw. „Mrocznym Królestwie”, gdzie wyjątkowo doszło do połączenia mroku z kontrastowym kolorem. Nie zapomnę tego obrazu.  Na bardzo wysokim poziomie stoi również CGI. Bardzo realistycznie zostały przedstawione budowle, stworzenia morskie oraz „supermoce”. Momentami można wyłapać sztuczność, lecz nie razi ona po oczach.

Dobór obsady jest strzałem w dziesiątkę. Przed szereg wychodzi główny aktor, który bardzo dobrze czuje się w roli Aquamana, a przeniesienie na wielki ekran jego naturalnych zachowań nadaje autentyczności postaci. Amber Heard jako Mera skradła moje serce. Silna, niezależna kobieta, która twardo dąży do swego. Na plus została przedstawiona relacja Aquamana i Mery. Subtelna, rozwijająca się spokojnym tempem więź, z której stopniowo rodzi się coś więcej. Relacja bardzo realistycznie przedstawiona. Bardzo dobrze również wypadł Willem Dafoe jako Vulko oraz Nicole Kidman jako Atlanna, która mimo krótkiego czasu na ekranie, sprawdziła się w roli Atlanny.

Ku mojemu zaskoczeniu dostaliśmy dwójkę całkiem nieźle zagranych czarnych charakterów. Jako pierwszego poznajemy Black Mantę, w roli którego wystąpił Yahya Abdul-Mateen II. Silna postać dążąca do swojego celu za wszelką cenę, stanowiący zarazem duże zagrożenie dla głównego bohatera. Niestety występ Manty został mocno ograniczony czasowo przez co określić go można jako typowy zapełniacz. Niemniej debiut uważam za udany i liczę na rozwinięcie jego wątku w kontynuacji (o ile takowa powstanie). Jako drugi pojawia się Orm, w roli którego wystąpił Patrick Wilson. Bardzo fajnie odegrana postać, która ma sensowny plan ku wzniesieniu Atlantydy powyżej jej możliwości. Wilson sprawdza się w roli bezwzględnego władcy. Nieco nosem można pokręcić przy relacji Aquaman-Ocean Master, przy której można było położyć większy nacisk na więzy rodzinne.

Z ogromnym rozmachem zostały wykonane sceny pojedynków. W filmie pojawia się mnóstwo scen. Zarówno solowych pojedynków, jak i zbiorowych starć przy których niekiedy ciężko było ogarnąć, co dzieje się na ekranie. Czuć ogromną inspirację „Star Wars” czy „Lord of the Rings”. Momentami scenariusz za bardzo polegał na pojedynkach. Nie raz zdarzyło się, że pewna scena celowo kończyła się przerywnikiem w postaci nagłego starcia. Czy było to wynikiem braku pomysłu na sensowne zakończenie pewnych wątków? Ciężko określić.

„Aquaman” nie jest perfekcyjnym filmem, ale za to bardzo dobrym. Jest mnóstwo akcji, dużo dobrze rozpisanych postaci, CGI stojące na satysfakcjonującym poziomie, a wszystko zwieńczone prostą, przewidywalną, lecz przyjemną historią z dobrze wkomponowaną muzyką (niekiedy zbyt narzucającą ton). Produkcja nie jest pozbawiona wad, lecz nie wpływają mocno na obniżenie oceny. Filmowe uniwersum DC postawiło duży krok na przód wyciągając wnioski z poprzednich błędów. Trzymam kciuki, żeby tendencja od tego momentu rosła wraz z kolejnymi produkcjami. Z „Aquaman” wyszedłem usatysfakcjonowany i chętnie udam się na seans kolejny raz.

Opinia Szymona

„Aquaman” to moim zdaniem film całkowicie udany, ale naturalnie nie pozbawiony wad.
Chyba największymi plusami filmu są efekty specjalne i muzyka. Atlantyda, ale i inne lokacje jak Amnesty Bay czy nawet Sahara prezentują się na prawdę pięknie, żywo i kolorowo. Zwłaszcza podwodne miasta budzą w tej kwestii ogromny podziw dla osób odpowiedzialnych za efekt końcowy. Jest neonowo i futurystycznie, ale są tu też antyczne elementy.

Ścieżka dźwiękowa „Aquamana” jest bardzo różnorodna, czerpie z różnych gatunków, co też jest zaletą. Raz słyszymy typowe dla superhero pompatyczne brzmienia, za moment utwory z syntezatora. Kontrowersyjny remix „Africi” Toto komponuje się z taką ścieżką idealnie, i do tego pasuje do filmu. Jak się go ogląda?

„Aquaman” to czyste kino przygodowe nastawione na rozrywkę. Jest w tym wszystkim masa serca i kiczu w najlepszym tego słowa znaczeniu. Przygody Arthura i Mery są na prawdę zwariowane, momentami niedorzeczne, ale budzą szczery uśmiech i dają wiele radości. Także dzięki grze aktorskiej. Aktorzy przekonali mnie do siebie, mimo, że niektóre ich kwestie są napisane dość drętwo, humor nie zawsze do mnie trafiał. Właściwie to pod tym względem „Aquaman” przypomina „Gwiezdne Wojny: Zemstę Sithów” i „Atak klonów”. To także moje jedyne zarzuty wobec filmu.

Przygody Aquamana to idealny wybór, jeśli szukacie lekkiego filmu przygodowego, który nie traktuje się śmiertelnie poważnie.

Opinia Jędrzeja – Możliwe SPOILERY

„Aquaman” jest z kilku względów rewolucyjny dla filmów WB/DC. Jest to pierwszy film z ery posnyderowskiej. Samego Zacka Snydera można kochać i nienawidzić, jednak bezsprzecznie można stwierdzić, że jego wizja mocno odbiega od tego w jaki sposób Warner Bros. obecnie ma zamiar prowadzić dalszy rozwój swojego filmowego świata. Czy jest to dobry kierunek?

Jeśli chodzi o fabułę, mamy tutaj do czynienia z klasycznym „Hero’s journey”. Arthura, który postanowił powrócić do rodzinnego Amnesty Bat, odwiedza Mera (którą poznaliśmy już w „Lidze Sprawiedliwości”), która przestrzega go przed jego bratem, Ormem, który postanowił zaatakować świat powierzchni, lecz by móc to legalnie zrobić potrzebuje poparcia większości podwodnych królestw. Choć nasz protagonista odmawia, działania Orma wkrótce zagrażają najbliższej mu osobie – jego ojcu – który gdyby nie ratunek Mery nie uszedł by z życiem. Arthur postanawia wraz z nią udać się na Atlantydę, bo powstrzymać swojego brata, jednak szybko staje się jasne, że aby powstrzymać kataklizm, Arthur będzie musiał stać się kimś więcej, niż tylko Aquamanem. Film jest luźno inspirowany komiksem „Tron Atlantydy”, w którym mieliśmy do czynienia z bardzo podobnym motywem, jednak różni się w wielu względach. Między innymi tym, że zabrakło tutaj obecności Ligi Sprawiedliwości, która jednak nie była potrzebna. Mimo wszystko za najmocniejszy punkt scenariusza uważam wspaniałe relacje kreowane między postaciami. Arthur i Mera mają tutaj niesamowitą chemię, która z biegiem filmu przeistacza się w głębsze uczucie, a patrząc na Thomasa i Atlannę trudno nam nie cieszyć się ich szczęściem. Swego rodzaju relacje wytworzyły się też między Aqumanem a Ocean Masterem, jednak w moim mniemaniu bracia powinni dostać więcej wspólnych scen. Jedynym zarzutem który mógłbym postawić „Aquamanowi” jest spłycenie niektórych postaci. Najbardziej zauważalnie cierpi na tym Mera, która choć została bardzo dobrze zagrana przez Amber Heard, to charakterowi jej postaci brakuje nieco głębi. Zachowano jednak w jej postaci to co jest najbardziej istotne – ogromne serce do tego co jej bliskie, zdolność do walki i poświęcenia za to co ważne oraz okazyjne braki w zrozumieniu powierzchniowych zwyczajów, które prowadzą do zabawnych gagów. Nereus grany przez Dolpha Lundgrena cierpi na podobną przypadłość, jednak charyzma aktora pozwala nam zapomnieć o scenariuszowych brakach.

Film błyszczy wizualnie. Dawno nie widziałem tak zapierającego dech w piersiach widowiska. Fauna i flora podwodnych światów przedstawione są z niesamowitą pieczołowitością, architektura i technika Atlantydy zgrabnie łączy ze sobą elementy science-fiction i fantasy, moce Mery pozwalające jej kontrolować wodę zostały użyte do kilku naprawdę widowiskowych ujęć, a kostiumy postaci, które w komiksie mogły wydawać nam się kiczowate, tutaj powalają swoim wykonaniem. Nie tylko docenić należy efekty specjalne, ale też pracę kamery, która zmienia się w zależności od nastroju całej sceny, a długie ujęcia bez cięć (których osobiście jestem ogromnym fanem) przewinęły się w filmie kilkukrotnie, jednak te w scenach walki stanowiły prawdziwą ucztę dla oka. Choreografia walk również zasługuje na słowa uznania, gdyż filmy superhero dawno nie dostarczyły nam tak widowiskowych pojedynków. Z kwestii wizualnych mógłbym przyczepić się wyglądu Murka, atlantydzkiego dowódcy odpowiednika komandosów, który w filmie nie przypomina swojego komiksowego odpowiednika. Mam jednak wrażenie że to co stało się z jego postacią w „Aquamanie” popchnie go na właściwą ścieżkę w kontynuacji.

Muzyka bardzo dobrze buduje klimat całej opowieści. Oczywiście nie obyło się tutaj bez afery związanej z coverem piosenki „Africa” przez Pitbulla i Rhei, jednak w filmie występuje jedynie jej kilkusekundowy fragment, jednak jest on rekompensowany choćby przez „She’s a Mystery to Me” Roya Orbisona, czy „Sæglópur” Sigur Ros, nie wspominając już o ścieżce dźwiękowej skomponowanej przez Ruperta Gregsona-Williamsa, z której „The Black Manta” czy „Suited and Booted” jeżą włos na karku.

Obsada była w zapowiedziach jednym z najlepiej komentowanych elementów filmu. Najbardziej błyszczą oczywiście Aquaman grany przez Jasona Momoę oraz Black Manta w którego wcielił się Yahya Abdul-Mateen II. Nie oznacza to jednak że reszta obsady się nie spisała, o nie! Tak naprawdę każdy z członków głównej obsady odegrał swoją rolę przynajmniej dobrze. W przypadku niektórych z nich gra aktorska, charyzma i prezencja tuszuje nawet słabe rozwinięcie ich charakterów w scenariuszu.

Jestem ogromnym fanem komiksów z Aquamanem (szczególnie tych pisanych przez Geoffa Johnsa), a sama jego postać jest po Batmanie moim ulubionym komiksowym bohaterem. Dlatego cieszę się widząc, w jaki sposób „Aquaman” buduje świat i mitologię Atlantydy i reszty podwodnych królestw. Oczywiście nie obyło się bez kilku radykalnych zmian (sposób zatonięcia Atlantydy, nazwanie czterech nienazwanych w komiksie królestw) jednak takimi prawami rządzi się adaptacja. Geoff Johns i James Wan postanowili poświęcić sporo czasu na opowiedzenie (czy w niektórych przypadkach pokazanie) nam historii i kulturę podwodnego królestwa oraz dlaczego Atlantydy obecnie znajduje się w takim a nie innym miejscu.

Szalenie dobrze bawiłem się na „Aquamanie”. James Wan zrobił ten film z sercem, którego często brak wielu robionym taśmowo filmom superhero. Świetne efekty, scenariusz zbudowany na klasycznych podstawach, solidna gra aktorska, a to wszystko okraszone bardzo dobrą muzyką oraz efektowną choreografią. Jako fan Aquamana niesamowicie cieszy mnie to, że po latach kpin zafundowanych przez kreskówkę „Super Friends” i po zrobieniu z Aquamana „Człowieka One-linera” w „Justice League”, Wan w końcu dał nam Arthura którego nie trzeba się wstydzić. Oczywiście, możemy zarzucić, że postać grana przez Jasona Momoę jest zbyt dzika i nieokrzesana na komiksowego Arthura, jednak ja widzę tutaj potencjał na pokazanie nam w kolejnych filmach jak Aquaman zmieni się w prawdziwego króla, którego potrzebuje Atlantyda. Nie jest to film idealny, jednak w moich oczach spokojnie zasługuje na wysokie 9/10.