WKKDC #62 – JLA: Siła Wyższa

Komiks superbohaterski wypełniony jest stale powracającymi motywami. Jednym z nich jest utrata mocy przez chełpiącego się potęga herosa. Świetnym przykładem jest potężny Superman. W obecności zielonego kryptonitu kuloodporny i gnący stal heros zwija się w kłębek, licząc na pomoc kolegów z JLA. Gdy przyjrzymy się bliżej, niemal każdy superheros ma swoją piętę achillesową. Doug postanawia jednak dołożyć im kolektywnie, pozbawiając lwiej części z nich mocy. Jak poradzą sobie oni bez swej nadludzkiej siły i jak wpłynie na nich to wydarzenie?

Zamysł fabularny jest całkiem ciekawy, choć nieco wtórny. Pewne motywy można jednak powtarzać i przy odrobinie talentu scenarzysty nadal będą cieszyć. Dougowi Moenchowi w tym przypadku jednak odrobinę go zabrakło. Zamysł utraty mocy przez herosów jest szalenie umowny. Część bohaterów, która powinna zachować zdolności traci je. Wbrew zasadom, którym rządzi się tajemnicze Czarne Światło. Jedyne czym można to wytłumaczyć to wygodą autora. W końcu co to byłaby za tragedia, gdyby postaci formatu Green Lanterna czy Aquamana zachowały moce? Sam motyw Czarnego Światła również pozostawia wiele do życzenia.

JLA: Siła Wyższa to komiks superbohaterski dla czytelnika początkującego. Tylko taki bowiem nie dopatrzy się kilku absurdów i braku konsekwencji w fabule, a po poznaniu zacniejszych tytułów będzie wspominać dzieło Douga Moencha i Dave’a Rossa z nostalgią. Ja natomiast po kilku solidnych pozycjach z samego WKKDC czy wydanych przez Egmont nieco surowiej patrzę na dość topornie ukazaną fabułę.

Plusem są plansze Dave’a Rossa. Do nieskomplikowanej, nieco marnującej swój potencjał historii stworzył on rysunku godne wielkich eventów. Powiedziałbym nawet, że gdyby pojawił się on za sterem rysownika w którymś z Kryzysów, to legendarni ich twórcy nie mieliby się czego wstydzić. Udało mu się ująć ciekawie zrezygnowanie na twarzach pozbawionych potęgi trykociarzy. Nie muszę mówić, że Kal-el bez wypiętej piersi z literką ‚S’ nie jest już taki super?

JLA: Siła Wyższa to komiks superbohaterski dla czytelnika początkującego. Tylko taki bowiem nie dopatrzy się kilku absurdów i braku konsekwencji w fabule, a po poznaniu zacniejszych tytułów będzie wspominać dzieło Douga Moencha i Dave’a Rossa z nostalgią. Ja natomiast po kilku solidnych pozycjach z samego WKKDC czy wydanych przez Egmont nieco surowiej patrzę na dość topornie ukazaną fabułę. Jeśli ktoś jednak preferuje rozrywkę bez większego skomplikowania, wprost stworzoną pod blockbuster, będzie zadowolony. Dla mnie jednak JLA: Siła Wyższa to ot taki przeciętniak, o którym szybko się zapomina. Pełen akcji, lecz bez treści. Tak jakby Czarne Światło dotknęło samej istoty uniwersum DC.