Shazam! (New52)

Album „Shazam” od Egmontu nie był moim pierwszym spotkaniem postacią Kapitana Marvela, ale pierwszy raz twórcom udało się zaciekawić mnie konceptem dziecka, które dzięki magii otrzymuje niemal boskie moce. Geoff Johns i Gary Frank stanęli na wysokości zadania adaptując na potrzeby Nowego DC Comics Shazama, wcześniej znanego właśnie jako Kapitan Marvel. Trzeba przyznać, że dostali niełatwe zadanie, bo jest to dość specyficzny bohater. Jest mocno zakorzeniony w Złotej Erze komiksu, co utrudnia jego przedstawianie nowym czytelnikom/widzom, przez co często wypada on po prostu śmiesznie. „Shazam” zmienia ten stan rzeczy.

Billy Batson z New 52 to doświadczony życiem, niegrzeczny, zgorzkniały, ale samotny piętnastolatek. Trafia do rodziny zastępczej Vasquezów, gdzie poznaje podobne sobie dzieci, ale nie kwapi się do przełamania lodów ze zgraną „ferajną”. Szybko robi sobie wrogów w szkole. Uciekając przed łobuzami do metra trafia do kryjówki Czarodzieja, który niechętnie daje mu moc do przemiany w „obrońcę magii”. Dalej Billy musi poznać nowe umiejętności i zmierzyć się z Czarnym Adamem. Antagonista Shazama chce z pomocą uosobień siedmiu grzechów głównych zniszczyć świat, a następie odbudować go według swoich zasad.

Fabuła tomu brzmi raczej szablonowo. To, co czyni ją naprawdę dobrą, wręcz zachwycającą, to humor, dialogi i przesłanie, jakie zawarł w tym albumie Geoff Johns. Czarodziej jest zdeterminowany, aby moc oddać osobie krystalicznej. Billy uświadamia go, że ludzie nie są idealni, potrafią być źli, a właściwe kryterium to potencjał do wykorzystania mocy w imię dobra. Johns podkreśla także jak bardzo ważna jest rodzina. To nowe rodzeństwo wspiera Batsona w chwili próby, co świetnie łączy się z motywem Marvel Family z lat 40 XX wieku. To także Freddy, jeden z członków rodziny Vasquezów, jest z Billy’m pod postacią Shazama zaraz po przemianie i odkrywa z nim jego moce. Przypomina to wyjście na miasto dwóch nastolatków z podrobionymi dowodami osobistymi. Bohaterowie otrzymują drobne i jedzenie za pomoc w łapaniu bandytów, jednocześnie szukając okazji do kupienia alkoholu.

Gdybym miał to podsumować w jednym zdaniu, to powiedziałbym, że Johns napisał połączenie „Kochanego urwisa” i „Rodziny Zastępczej” z fantazjami małego chłopca o byciu Supermanem. Co znaczy, że doskonale uwspółcześnił komiks sprzed prawie 80 lat, bo właśnie taką fantazją był „Captain Marvel”.

Za rysunki w tomie odpowiada Gary Frank, zaś kolory nakładał Brad Anderson. Mimika postaci jest bardzo naturalna i dobrze ukazana, dzięki niej ładunek komiczny i emocjonalny scenariusza Johnsa ulega wzmocnieniu. Z kolei pozy przyjmowane przez Shazama i Czarnego Adama są wręcz posągowe i czuć od nich potęgę, siłę i szybkość. Odstają od raczej zwyczajnych postaci bez nadprzyrodzonych zdolności. Ruch jest tu oddany idealnie, jak na filmowych kadrach. Całość dopełniają właśnie kolory, których dobór nazwałbym idealnym. Nie wyobrażam sobie innych odcieni dla tego komiksu.

„Shazam” to komiks bardzo „filmowy”. Ma podobną konstrukcję fabularną, co scenariusze produkcji familijnych i przygodowych z obowiązkowym kryzysem wiary bohatera, czy porządnie prowadzonym humorem i morałem. Także wizualnie całość prezentuje się bardzo dynamicznie i uderza w znajome z kultury tony. Dlatego cieszy mnie, ze ogólny zarysy fabuły, oraz sceny przedstawione w zwiastunach są żywcem wzięte z tej właśnie historii. Taka baza fabularna i wizualna może posłużyć do stworzenia filmu, który będzie inny niż „Aquaman”, ale będzie mógł osiągnąć podobny sukces.