Liga Sprawiedliwych: Zagłada (2012) – Recenzja

Doom

***TEKST ZAWIERA SPOILERY***

Niczym odkrywczym będzie stwierdzenie że superbohaterowie są współczesnym odpowiednikiem mitologicznych bogów, a opowieści o nich, często bardzo ciekawe same w sobie, czasem służą też za parabolę innego problemu, który zostaje poruszony w przystępniejszy dla czytelnika sposób.  A co dzieje się kiedy te ikony, bogowie oraz wzory do naśladowania upadają będąc całkowicie bezsilne?

„Liga Sprawiedliwych: Zagłada” z 2012 roku jest luźną adaptacją kultowego już komiksu „Liga Sprawiedliwości: Wieża Babel”, w którym Liga zostając zaatakowana z zabójczą precyzją zostaje bezbronna w obliczu planów „tych złych”. W odróżnieniu od komiksu, odpowiedzialny za porażkę naszych bohaterów nie jest Ra’s al Ghul i jego Liga Zabójców, a Vandal Savage, który zjednoczył Legion Zagłady (Bane, Metallo, Cheetah, Mirror Master, Star Sapphite, Ma’alefa’ak i sam Savage) pod swoim przywództwem, by spróbować przeciwdziałać „problemowi” przeludnienia i zredukować znaczną część naszej populacji. Dla nikogo nie będzie jest tajemnicą to, w jaki sposób Savage wszedł w posiadanie tych informacji, bo komiks jest już bardzo dobrze znany, a film wyjawia to w pierwszych minutach trwania. Otóż okazuje się, że to Batman opracował owe plany, na wypadek gdyby któryś z bohaterów zszedł na drogę zła, lub stracił nad sobą kontrolę. Plany te nie zakładają zabicia konkretnego bohatera, a jedynie jego obezwładnienie i co najważniejsze, zawierają też plany dotyczące powstrzymania samego Batmana. Liga (Superman, Batman, Wonder Woman, Flash, Green Lantern i Martian Manhunter) wraz z pomagającym im Cyborgiem, pełni nieufności do Batmana muszą pokonać własne słabości oraz uratować Ziemię przed szaleńcami.

Choć historia „bohaterowie muszą pokonać swoje największe słabości” jest już motywem oklepanym do granic możliwości, „Liga Sprawiedliwych: Zagłada” pozwala nam spojrzeć na inny problem: co tak na prawdę członkowie Ligi Sprawiedliwości znaczą dla Batmana. On jako jedyny spośród szóstki (a później siódemki) nie jest obdarzony żadnymi nadludzkimi mocami. I chociaż oczywiście zna każdą istniejącą sztukę walki, tak na prawdę jego największą bronią jest jego umysł. Bruce zdaje sobie sprawę z tego że obcując z żywymi bogami, jeśli przyjdzie taka konieczność to nie będzie w stanie stawić im czoła bez uprzedniego przygotowania. I jest to w pełni zrozumiałe, jednak czy moralnym jest szukanie słabości ludzi, którzy uważają cię za przyjaciela, a walcząc z nimi ramię w ramię praktycznie dzień w dzień narażacie swoje życia, oraz robicie wszystko co możecie by każde z was wyszło z niebezpieczeństwa bez szwanku.  Nie od dziś wiadomo, że Batman jest pragmatyczny, jednak to, że jego pragmatyzm przenosi się także na jego sojuszników nie jest tak oczywiste jako można by się było spodziewać. W końcu kryptonit w pasie to nie to samo co specjalne nanity powodujące że ich ofiara doświadcza stałych halucynacji. Za rozgrzeszeniem Mrocznego Rycerza przemawia to, że stworzył on również plany przeciwko sobie samemu i podczas akcji filmu możemy przekonać się, że plany te były bardzo skuteczne.

Moim największym zarzutem wobec produkcji jest zdecydowanie jej animacja. Choć przy bliższych planach większość postaci wygląda poprawnie, to czasami przy dalekich mamy wrażenie niedbałości o rysunku. O ile Superman, Green Lantern czy Cheetah wyglądają bardzo dobrze, to twarz Wonder Woman nawet przy zbliżeniach wydaje się kwadratowa i jej usta zbyt szerokie w porównaniu do całości twarzy, a z Martianem Manhunterem mam osobisty problem, bo kształt jego głowy doprowadzał mnie do śmiechu przy większości scen w których występował. Ten aspekt zdecydowanie lepiej rozwiązała kreskówka „Justice League”. Filmowi można zarzucić też banalność drugiej części historii, bo choć sam upadek Ligi jest niesamowicie ciekawy, tak druga część traktująca o walce z Legionem Zagłady jest już raczej typową „rąbanką” i niestety nieco się dłuży.

W obsadzie spotkać możemy wielu aktorów znanych z kreskówki „Justice League Unlimited” emitowanej w Polsce na kanale Cartoon Network. Usłyszymy tutaj Kevina Conroya jako Batmana (który w scenach odgrywających się na Satelicie daje istne głosowe popisy), Tima Daly’ego jako Supermana, Susan Eisenberg jako Wonder Woman, Carla Lumbly’ego jako Martian Manguntera, Michaela Rosenbauma jako Flasha, a drużynę uzupełniają Nathan Fillion jako Green Lantern oraz Bumper Robinson jako Cyborg. Muszę przyznać że jeśli mówimy tutaj o głosowych aktorach, to ta grupa spisuje się najlepiej spośród dotychczasowych animowanych adaptacji. Można zarzucić, że grupa jest zbyt mała, jednak ci aktorzy ze szczególnym wskazaniem na  Conroy’a czy Filliona pozwalają się niesamowicie dobrze wczuć zarówno w patos niektórych starć jak i spokojnych rozmów w Satelicie.

Jak już wspomniałem, fabuła filmu nie jest skomplikowana, ale warto go zobaczyć dla relacji, które zaobserwować możemy pomiędzy głównymi bohaterami w ich chwilach słabości. A w ramach eksperymentu myślowego po seansie postawcie sami odpowiedzcie przed sobą na pytanie: czy Batman za swoje czyny zasługuje na karę?

OCENA: 7/10