Joker (2019) – Recenzja

Opinia Sebastiana o “Joker”

Początkowe zapowiedzi “Joker nie budziły we mnie optymistycznych nadziei. Wręcz przeciwnie. Powoli zaczynałem przekonywać się do zapowiedzianej produkcji wraz z pierwszymi promocyjnymi materiałami wideo. Stwierdziłem wtedy, że może wyjść z tego kawał dobrego dramatu psychologicznego z ciekawą wersją Jokera. Oczekiwania wzrosły do granic możliwości po zgarnięciu przez “Joker” Złotego Lwa. Nie byle jaka nagroda, więc oczekiwania uzasadnione. Nie miałem pojęcia, że po seansie będę tak wniebowzięty…

“Joker” to przede wszystkim kawał świetnie nakręconego dramatu psychologicznego. Znaczna część filmu obrazuje zatracenie głównego bohatera, chorego psychicznie, pod wpływem otaczającego go świata (głównie społeczeństwa). Sytuacja została na tyle realistycznie zobrazowana, że jako widz byłem w stanie wyobrazić sobie historię toczącą się obok mnie. Historia została opowiedziana od A do Z ze świetnie budowanym napięciem. Nie zabrakło tutaj zaskakujących plot twistów, a spektakularny finał zapierał dech w piersiach. Film ma mocny przekaz, a wpływ społeczeństwa na jednostkę został zobrazowany perfekcyjnie.

Największym punktem programu była główna gwiazda produkcji – Joaquin jako Joker. Od samego początku krytycy i fani mocno dopingowali aktora w tej roli i z czystym sumieniem stwierdzam, że Joaquin spisał się na medal (zasłużony Oscar) tworząc oryginalną interpretację Jokera, która z całą pewnością zbierze grono fanów (i tradycyjnie grono hejterów). Joaquin solidnie przygotował się do postawionej mu roli, czyniąc z nawet drobnego ruchu dłonią artystyczny pokaz. Nie sposób oderwać wzrok od Joaquina. Czysta perfekcja aktorska, która przysłoniła pozostałą część obsady. Nie oznacza to, że pozostali aktorzy byli do kitu. Wręcz przeciwnie. Reszta obsady stanęła na wysokości zadania wywiązując się z powierzonych im ról. Niemniej ich postacie stały daleko w tyle za świetnie wykreowanym Jokerem.

“Joker” jest nie tylko świetnie przedstawionym dramatem psychologicznym, który trafi do każdego widza. To przede wszystkim kawał pięknie wizualnego widowiska z bardzo dobrą pracą kamery, świetnymi ujęciami, niesamowitymi kolorami, dopracowanymi efektami specjalnymi (choć nie było ich tu wiele), świetnymi kostiumami, a przede wszystkim wspaniałą muzyką, która zapada w pamięć. Sukces ścieżki dźwiękowej nie powinien nikogo dziwić, ponieważ jej stworzenie zostało powierzone Hildur Guðnadóttir znanej z prac przy miniserialu “Czarnobyl” od HBO. Motywy muzyczne pięknie uzupełniały wyniosłe chwile, budowały stopniowo narastające napięcie czy nadawały kluczowym elementom wyniosłości.

Osobiście nie odczułem, aby w produkcji występowały jakiekolwiek braki bądź minusy. Zapoznając się wcześniej z opiniami innych widzów usłyszałem uwagi dotyczącymi m.in. pod kątem czasu ekranowego Jokera w pełni formy czy zawodu jedną z ostatnich scen. Obydwie uwagi jak najbardziej rozumiem, choć nie uważam je za “błędy”. Jokera jako Jokera jest tu niewiele, lecz głównym celem produkcji było ukazanie jak społeczeństwo może zrujnować człowieka zamiast szerzenia terroru w Gotham przez gościa przebranego za clowna. Spójna historia bardzo dokładnie zobrazowała przemianę bohatera czyniąc go prawdziwie niezrównoważonym z racjonalnymi powodami, które widz mógł zrozumieć oraz współczuć. Co do drugiego zarzutu dotyczącego jednej z finałowych scen – Nie będę zdradzał o co chodzi, lecz ową scenę traktuję jako mrugnięcie oka do fanów DC. Scena była zbędna, jej brak nie wpłynąłby negatywnie na odbiór filmu, lecz sama jej obecność stanowi przyjemny easter egg, który wpisuje wykreowaną postać do znanego nam otoczenia, jak i stanowienie możliwej furtki na wypadek chęci kontynuacji filmu.

“Joker” na długo pozostanie w mojej pamięci. Jest to wyjątkowy film z gatunku “superhero”, który bez dwóch zdań można zaliczyć jako arcydzieło. Produkcja zasłużyła na Złotego Lwa oraz trzymam kciuki, aby zarówno “Joker”, jak i Joaquin, otrzymali w pełni zasłużony oskary. Jestem przekonany, że Joker w wykonaniu Joaquina przejdzie do historii. “Joker” jest doskonały w każdym calu i polecam Wam wybranie się do kina (jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście) nawet jeżeli nie jesteście fanami tej postaci bądź tego uniwersum. Ten film koniecznie trzeba zobaczyć na własne oczy!

Opinia Tomasza o “Joker”

Istnieje kategoria dobrych złych postaci. Taki czarny charakter jest podły, podstępny i morderczy, ale przy tym ludzki, prawdziwszy od jego dobrego pogromcy. Ot taki Darth Vader czy filmowy Thanos. Do tej ligi zaliczam też Jokera. Szaleńca, masowego mordercę z obsesją na punkcie Batmana. Na szklanym ekranie pojawiło się wiele jego wersji, twierdzę jednak, że nie ma idealnego aktora do odegrania Jokera, gdyż bohater ten jest niejednoznaczny, podobnie jak jego nietoperzowy przeciwnik. Stąd każda kolejna osoba w niego się wcielająca może tylko interpretować pewien zbiór idei. Inny był Jokera Nicholsona, inny Ledgera, a jeszcze inny Romera. Joaquin Phoenix wkracza na zupełnie nową ścieżkę. Jego Joker nie jest anonimowy. Od początku pokazuje swe słabości. Swe problemy psychiczne i neurologiczne.

Oto złamany odludek, cierpiący na jeszcze bardziej izolującą go chorobę, zamknięty z niepoczytalną matką w podłym lokum marzy o karierze komika. Pragnie rozśmieszać, dawać radość. Jednocześnie jest urażony i przygnębiony nieludzką postawą ludzi wobec siebie. Tu tkwi pewien paradoks postaci Artura Flecka. Nie pragnie on milionów Wayne’a. Chce żeby inni się uśmiechali i nie byli dla siebie źli. Chce dobra lecz społeczeństwo i miasto skutecznie przekształcają go w swych trybach.

Miejscem akcji jest oczywiście Gotham. Miasto Batmana wielokrotnie było porównywane do Nowego Jorku i tu jest bratem bliźniakiem Wielkiego Jabłka, tym razem z niezbyt malowniczych  lat 80. Gotham to miasto-demon. Nie ma tu miejsca na wielkomiejski blichtr, a  majestatyczne budynki zdają się bardziej przytłaczać, niż wzbudzać zachwyt. Do tego nędzny stan miasta, walające się po ulicy odpadki  i pogoda nieprzynosząca nawet najmniejszego słonecznego promyka. Gotham zdaje się głównym przeciwnikiem Arthura Flecka i tak jest w istocie. Komiksowy archetyp Gotham został zachowany.

Kwestią wartą wyróżnienia jest ścieżka dźwiękowa. „That’s Life” w wykonaniu Franka Sinatry był dla mnie utworem niezwykle lekkim, scenicznym i tanecznym. Pozytywnym. Po „Jokerze” będę chyba długo czuł ukłucie niepokoju na dźwięk tej pieśni. Jest jeszcze „Smile” Jimmy’ego Durante, „White Room” grupy Cream i cały zbiór innych utworów, niebędących tylko wypełniaczem ciszy. Największy ślad w filmie pozostawia muzyka Hildur Guđnadóttir, która dokonała wspaniałych rzeczy. Stworzyła z muzyki osobną warstwę treści, podkreślająca tragedię i przygnębiający klimat „Jokera”. Odradzam słuchania w stanach melancholii.

„Joker” to także polityka i kwestie społeczne. I tu nachodzi mnie zabawna konkluzja. Publicyści z prawa i lewa doszukują się w filmie kolejnych wątków, częstokroć na jego niekorzyść, przez które nie dostrzegają najważniejszych kwestii filmu Phillipsa. A to, że Thomas Wayne jest ucieleśnieniem stereotypu wpływowego, białego bogacza. To znowuż, że Fleck ma problemy z kobietami. A to, że bogaci są wszystkiemu winni i lud prędzej czy później zbuntuje się przeciw ich władzy. Nie obyło się przy tym do porównań do Trumpa z lewej strony i lewicowych bojówkarzy z prawej. I gdzieś w tym wszystkim znika dramat człowieka wyalienowanego, chorego, a początkowo nawet dobrodusznego i poczciwego. Jedyną niepokojącą rzeczą jest siła inspiracji, jaką może nieść za sobą kreacja Phoenixa. U mnie wywołała tylko niepokój i skłoniła do przemyśleń. Co, jeśli gdzieś tam żyje sobie prawdziwy Arthur Fleck, który nie potrafi odnaleźć się w nieprzyjaznym dla niego świecie? I którego śmiech może niebezpiecznie zabrzmieć?

Zadam teraz małe pytanie retoryczne. Czy Joker jest łotrem, czy herosem? Gotham, jak wspomniałem, jest spaczone i złe, zanim Arthur przekracza granicę. Napięcie jest odczuwalne od pierwszej minuty filmu. Dopiero jednak gdy bohater dokonuje pewnych kroków, coś zaczyna wrzeć. Kocioł frustracji mieszkańców pęka i anonimowy klaun staje się przewodnikiem i inspiracją. Kimś, w kogo wierzą i kto daje im siłę do walki z tym, co uważają za złe. No właśnie. Czy tak nie działają herosi? Wzbudzają nadzieję, pokazują ścieżkę i prowadzą ku zmianom. I tu się na chwilę zatrzymajcie. Nie uważam Jokera za postać pozytywną. Twierdzę natomiast, że posiada on cechy typowe dla herosa, lecz w przełożeniu na realia, w jakich żyje. Najbliżej mu do komiksów Alana Moore’a, lecz nie „Zabójczego Żartu” a „Strażników” i „Miraclemana”. Zły świat tworzy adekwatnych do siebie bohaterów.

Jeszcze kilka słów o niektórych postaciach drugoplanowych. Wspominałem już o Thomasie, teraz czas na Bruce’a. W filmie Todda Phillipsa widzimy go jako chłopca. Dość niepokojącego, gdyż niereagującego na bodźce, które jego przeciętnego rówieśnika zmusiłyby do działania. Czyżby więc nie tylko klaun był szalony? Postacią wartą wspomnienia jest też niewątpliwie matka Arthura. Słabowita starsza pani, nieco nieobecna i naiwna, mogąca polegać na kochającym ją synu. Żal jedynie, że on nie może powiedzieć tego samego w stosunku do niej. Ale to nie koniec listy bohaterów ważnych dla smutnego życia Arthura Flecka. Showman Murray Franklin, tajemnicza sąsiadka bohatera, koledzy z pracy, nawet anonimowa dziewczyna w metrze. Wszyscy oni są kolejnymi etapami przemieniającymi chorego psychicznie komika w bestię. „Joker” to nie tylko Joker i bez tych swoistych stopni wtajemniczenia Fleck nadal prowadziłby swój klauni żywot. Brawa za pomysłowe umieszczenie Roberta De Niro. Swego czasu ów wybitny aktor odegrał fenomenalną rolę Travisa w „Taksówkarzu”, wycieńczonego weterana z Wietnamu. Obejrzyjcie ów obraz Martina Scorsese, gdyż „Joker” to ma z nim wiele wspólnego. To właśnie kontrast między „jokerowym” Travisem a showmanem Murray’em Franklinem w wykonaniu De Niro jest najciekawszym smaczkiem tej produkcji.

„Joker” już dzień po premierze wywołał publicystyczną dyskusję, zachwyty fanów i mam nadzieję, że obejdzie się bez niebezpiecznych incydentów. „Joker” to film, który odbiega od pozostałych produkcji DC. Jak Warner poradzi sobie dalej? Czy pójdzie ścieżką MCU, czy może postawi na niepowiązane ze sobą autorskie perełki, jak omawiany film? Nie zastanawiałbym się nad tym, gdyż ważniejsze jest inne pytanie- ile Oscarów wyniesie film z Joaquinem Phoenixem w roli głównej?

Opinia Szymona o “Joker”

 Nie ukrywam, że Złoty Lew w Wenecji sprawił, że moje oczekiwania wobec „Jokera” wzrosły. Z ciekawego eksperymentu obraz Todda Phillipsa zmienił się dla mnie w coś dużo bardziej arthouse’owego. Czy to właśnie dostałem? I tak i nie.

echnicznie i aktorsko „Joker” to arcydzieło. Joaquin Phoenix pewnie będzie nominowany do Oscara. Jako Arthur Fleck jest niepokojący; budzi dziwne pomieszanie litości i lęku. Czyli jest taki jaki Joker powinien być. Widzę tu nawet nutę inspiracji Cesarem Romero, Jokerem z Westowskiego „Batmana”, który był przede wszystkim zabawny. Widać to, gdy przemiana w Jokera dopełnia się w ostatnim akcie filmu, a Arthur tańczy i mówi w zabawny sposób. Pozostali aktorzy pozostają w cieniu Phoenixa, jak utalentowani by nie byli. Nadal De Niro to De Niro, ale Phoenix zwyczajnie kradnie ten film swoim popisem.

Podoba mi się brudne, nieco przerysowane Gotham. Jest bliskie mojemu wyobrażeniu o pogrążonym w kryzysie mieście niepodobnym do innych amerykańskich metropolii. Wszystko to wygląda po prostu dobrze, co udowadniały już oficjalne zdjęcia i fotosy z planu. Także soundtrack zrobił na mnie wrażenie. Spokojny Frank Sinatra dopełnia niepokojącego klimatu całości. To był naprawdę dobry wybór.

Niestety problem mam z treścią filmu; jego wiadomością i morałem. Pochwalę brak nawiązań do komiksów. „Jokera” reklamowano jako samodzielną opowieść nie czerpiącą z nowel graficznych, a twórcy dotrzymali słowa. Mam wrażenie, że więcej „smaczków” niż te, które dostaliśmy tylko rozpraszałoby widzów. Dostajemy wystarczającą ilość elementów mitu Batmana. Ciężko mi ocenić samą fabułę. Jest dość przewidywalna, ale co innego mielibyśmy dostać w historii o narodzinach Jokera?

Jeśli chodzi o przekaz filmu, to właśnie tu się zawiodłem. Liczyłem na to, że „Joker” jakoś zmieni moje spojrzenie na problem alienacji i przemocy. Że przedstawi mi człowieka takiego jak ja, który wpada w otchłań szaleństwa. Tymczasem z Arthurem trudno jest się utożsamić. Nie jest zwyczajnym, szarym obywatelem. To tak naprawdę okropny narcyz, jednocześnie budzący twoją litość i lęk, bo jest zwyczajnie niepokojący. To tykająca bomba zegarowa, która w końcu wybucha. Jest jak wielu ludzi, którzy dopuszczają się naprawdę okropnych rzeczy na całym świecie i usprawiedliwiają swoje zbrodnie takimi powodami jak trudne dzieciństwo, albo mityczną już „winą społeczeństwa”. Liczyłem na coś bliższego „Mrocznemu Rycerzowi”, gdzie Joker wystawia na próbę moralność bohaterów i zwykłych ludzi wierząc w wygraną chaosu.

„Joker” jako całość nie jest złym filmem. Ma świetną obsadę, która odwala genialną robotę; perfekcyjnie buduje klimat brudnego miasta i beznadziejnego życia, oraz dobrze, wręcz nowatorsko bawi się zaledwie garstką komiksowych tropów i nawiązań. Problem w tym, że oczekiwałem po nim więcej. Liczę, że mimo wszystko film Phillipsa przetrze szlak podobnym sobie projektom.

Opinie Jędrzeja o “Joker”

Ustalmy na początek jedno – „Joker” to nie jest kino superbohaterskie. Za wyjątkiem pseudonimu głównego bohatera, miasta w którym dzieje się akcja, jednego miejsca i postaci które można policzyć dosłownie na palcach jednej ręki najnowszy film Todda Phillipsa nie nawiązuje do dorobku wydawnictwa DC Comics. Warner Bros. do tego stopnia odchodzi od genezy jednego z najsłynniejszych popkulturowych złoczyńców, że przed jego projekcją nie są wyświetlane logotypy DC Comics.

Po festiwalu w Wenecji, który „Joker” skradł , i nagrodzie Złotego Lwa byłem już pewny, że najnowszy film ze stajni DC jest widowiskiem, które będę musiał zobaczyć jak najszybciej. Niepokoje społeczne które „Joker” wywołał za oceanem jeszcze przed premierą wydawały się być rzeczywiście poważne, a chcąc zrozumieć tą histerię, przed zabraniem głosu wypadałoby zapoznać się z dziełem, które ową kontrowersję wywołało. Czy panika była słuszna?

Film opowiada o Arthuhrze Flecku (w tej roli fenomenalny Joaquin Phoenix), mieszkającym w Gotham City zawodowym klaunie i aspirującym komiku cierpiącym na zaburzenia psychiczne. Arthur opiekuje się swoją chorą matką (Frances Conroy), która z jakiegoś powodu jest zapatrzona w znanego gothamskiego biznesmana, Thomasa Wayne’a (Brett Cullen).  Klaun nie może odnaleźć w życiu szczęścia i spełnienia, każdy sukces jest od razu przyćmiewany przez większą od niego porażkę, a na dodatek, jego nieudany stand-up zostaje wyśmiany przez Murray’a Franklina (Robert De Niro), uwielbianego przez niego gospodarza pewnego telewizyjnego talk-show. Tak naprawdę jedyną osobą która jest dla niego serdeczna jest mieszkająca na tym samym piętrze co on młoda samotna matka, Sophie Dumond (Zazie Beetz). Polityczne decyzje i nieszczęśliwe zbiegi okoliczności sprawiają, że Arthur zanurza się odmęty swojej choroby, w drodze do tragedii, której skali nikt nie może sobie wyobrazić.

Przede wszystkim należy wspomnieć o strukturze filmu, w którym wydzielić możemy trzy akty. Pierwszy to czas w którym Arthur jeszcze stara się zachowywać pozory i w jakiś sposób walczyć o swoją przyszłość. Drugi z nich, to wydarzenia, które pogłębiają stan głównego bohatera. Trzeci natomiast stanowią incydenty, w których postać grana przez Phoenixa dotarła już do miejsca z którego nie ma powrotu. Każdy z tych aktów cechują inne zabiegi operatorsko-scenograficzne. Tutaj bardzo dobrze sprawdza się tutaj wizja Gotham lat ’80. Oświetlane tanimi neonami, brudne ulice pełne śmieci na których żyją ubodzy mieszkańcy pogrążonego w kryzysie miasta kontrastują z bogato urządzonymi wnętrzami w których pławią się bogacze zdający się nie rozumieć z jakimi problemami muszą zmagać się maluczcy. W pierwszym akcie mamy do czynienia z przytłumionymi kolorami, spokojnymi ruchami kamery i długą ekspozycją. Następnie kamera zaczyna wykonywać bardziej chaotyczne ruchy takie jak ujęcia kręcone z ręki, pojawia się więcej ciepłych kolorów oraz montażowych cięć. Zakończenie natomiast łączy w sobie barwną kolorystykę, spokojne ruchy kamery i ponownie, długie ujęcia. Tak jakby film próbował nam zasugerować, że trzęsący się obraz jest spowodowany pogłębiającym się szaleństwem głównego bohatera, które pod dotarciu do pewnego etapu staje się dla niego normalnością.

Jeśli chodzi o sam kunszt aktorski to będę naprawdę zdumiony, jeśli Joaquin Phoenix nie otrzyma Oscara za swoją rolę. Widać, że aktor bardzo swobodnie czuł się jako Arthur Fleck, a wykonywane przez niego ruchy były dziwnie naturalne. Budzi w widzu współczucie i litość, które przeradzają się w strach i odrazę. Wiemy, że ten aktor bywa ekscentryczny, jednak nie spodziewałem się, że do tego stopnia, by dać nam tak przekonującego Jokera. Joaquin z racji poświęconych mu czasowi i uwadze przyćmiewa pozostałych aktorów, którzy niestety nie mają zbyt wielu szans na zabłyśnięcie. Powiedziałbym, że jedynie Brett Cullen i Zazie Beetz trochę bardziej wybijają się spośród reszty obsady. Niestety, Robert De Niro choć gra bardzo ważną z punktu widzenia fabuły postać, jest w swojej roli całkowicie do zapomnienia. „Joker” jest teatrem jednego aktora.

Muzyka nie jest elementem na który zwracam uwagę, jednak tutaj wydaje być jednym z głównych czynników budujących napięcie. Bardzo niepokojące i momentami wręcz jeżące włosy na karku utwory akcentują momenty, które w znaczącym stopniu wpływają na stan psychiki Arthura. Autorką muzyki do „Jokera” jest Hildur Guðnadóttir, która stworzyła również ścieżkę dźwiękową do miniserialu „Czarnobyl” od HBO, więc jeżeli oglądaliście serial, mniej więcej wiecie czego się spodziewać. W ostatnich scenach z kolei szaleństwo Flecka jest podkreślone z kontrastującymi żywymi i skocznymi utworami. Danse macabre samo ciśnie się na usta.

Potencjalna brutalność „Jokera” była jednym z tematów podnoszonych przez „obrońców moralności”, którzy uważali, ze ten film nie powinien był nigdy powstać. Bez wdawania się w szczegóły, w filmie nie ginie wiele postaci, jednak ich zgony są wyjątkowo brutalne i wydawałoby się przerysowane. Ta przerysowana przemoc wydaje mi się najbardziej „komiksowym” elementem produkcji.

Zatem czy panika i chaos wokół premiery filmu był usprawiedliwiony? I tak i nie. Z jednej strony Arthur nie jest „typowym” człowiekiem którego tak jak w „The Killing Joke” spotyka jeden zły dzień. Chociaż Arthur początkowo budzi litość, nie jest postacią z którą możemy się utożsamić. Jest wyraźnie inny od otaczającego go społeczeństwa, a jego buty nie będą pasowały komukolwiek z nas. Podczas seansu oczywiście było mi go szkoda, ale nie przypominam sobie, bym w którymkolwiek momencie dopingował planom, bądź czuł radość z jego dokonań.

Rzecz, która może budzić kontrowersje to wypowiedź głównego bohatera z ostatnich 10-15 minut filmu, która wydaje się sugerować, że to nie Arthur jest winny swojemu stanowi. Główny bohater wskazuje w tym momencie grupę społeczną, która doprowadziła go do takiego stanu, co w konsekwencji katastrofalnie wpływa na całe Gotham. I to co mówi główny bohater wydaje się mieć sens. Tylko jest jedno „ale”. Arthur jest kimś kogo nazywamy „narratorem niewiarygodnym”. Choroba Flecka wpływa na jego postrzeganie świata, który niekoniecznie musi być taki jakim jest naprawdę, a wydarzenia które go spotkały tak naprawdę mogły przebiegać inaczej. To w jaki sposób został potraktowany przez innych też jest subiektywną oceną Arthura i sam film po cichu sugeruje, że tak rzeczywiście było. Sęk w tym, że widzowie muszą zrozumieć, że to co mówi główny bohater to tylko tłumaczenia szaleńca który powoli odrywa się od rzeczywistości i stara usprawiedliwić swoje działanie, a nie rzeczowa analiza klasy wyższej w dużym amerykańskim mieście.

„Joker” wywarł na mnie niesamowite wrażenie. Słyszałem o nim wiele pozytywnych opinii, ale wybrałem się do kina bez jakichkolwiek oczekiwań tego, co zobaczę. Mimo początkowych dłużyzn, przez większość filmu siedziałem w kinowym fotelu wpatrzony w kinowy ekran, starając się zrozumieć co kłębi się w głowie protagonisty i z niedowierzaniem obserwując do czego go to doprowadza. Dwie godziny to moim zdaniem idealny czas trwania i chociaż w ostatnim segmencie można by dołożyć dodatkowe 10-15 minut filmu, uważam że takie lekkie niedopowiedzenie lepiej służy „Jokerowi”, w ten sposób spowijając go lekką aurą tajemniczości. Jedyną wadą którą miałbym do całego obrazu jest bardzo mała rola pozostałych aktorów w widowisku, a mając na planie Roberta De Nito to aż prosiłoby się o pozwolenie mu na rozwinięcie skrzydeł.

Todd Phillips stworzył naprawdę wyjątkowe widowisko, którego mam wrażenie potrzebowała współczesna kinematografia, ale też współczesne społeczeństwo. W obecnym świecie w którym strach przed negatywnym odbiorem i twitterowymi żalami zabijane są setki bardzo dobrych, choć ryzykownych pomysłów, „Joker” postanawia wziąć sobie za nic opinie tak naprawdę wszystkich i opowiedzieć swoją ciężką i brudną historię o tematyce, przed którą wygodniej jest uciec, niż stawić jej czoła.