Ex Machina tom 5

Kolejne tytuły z Vertigo odchodzą i przychodzą. I tak piąty tom „Ex Machina” wieńczy historię mieszającą alternatywę polityczną z superbohaterami motywami w wydaniu bliższym szaremu obywatelowi. Mitchell Hundred podejmuje na jego łamach decyzje decydujące o jego dalszej politycznej karierze, gdy tuż pod jego nosem budzą się cienie z przeszłości. I to takie, których fantazyjności nie powstydziłyby się światy typowych herosów.

Zwykle cieszący się sławą politycy nie rezygnują z własnej woli. Dopiero przymuszeni ograniczeniami co do liczby kadencji czy spadającymi ratingami, decydują się na emeryturę bądź przebranżowienie. Burmistrz Nowego Jorku Hundred czyni inaczej i na długo przed ponownymi wyborami oświadcza, iż nie będzie ubiegał się o reelekcję. Sprytna zagrywka pod publiczkę? Czy może raczej podskórne wyczucie nadchodzącej burzy? Bo ta nadchodzi i to z mocą równą niemal tragedii 9/11.

„Ex Machina” byłaby dobrą serią nawet przy przeciętnym rysowniku. Tony Harris do nich nie należy i dzięki niemu całość zyskała unikalnego charakteru i nie utonęła niesprawiedliwie zresztą w bagnie przeciętnie narysowanych dobrych scenariuszy. Sporo ujęć na mniej pokazowe, lecz niemniej interesujące ulice Nowego Jorku, widowiskowa i zjadliwa brutalność wymieszana z biurową sterylnością. Oryginalności dodają kolory JD Mettlera, zwłaszcza w ciemniejszych tonach. W ostatnim tomie dołączono również sporo klimatycznych okładek alternatywnych.

W całej politycznej zupie nawarzonej przez Vaughana znalazło się sporo miejsca na kwestię supermocy. Przeszłość Potężnej Machiny nie jest, jak się okazuje, zamierzchłym epizodem, zwłaszcza ta część związana z Phersonem. Osobnikiem władającym zbliżoną mocą do Hundreda, lecz o innej specyfikacji. Nie tylko on jeden czyni słowami poważne szkody, a przypadkowe wyłowienie tajemniczego urządzenia w pierwszym tomie nie było przypadkiem, a szczegółowym planem podejrzanych sił. Tu dodatkowo napędzanych dziennikarskim ogniem.

„Ex Machina” to komiks dobry do przeczytanie przed wyborami. Mitchell Hundred jest co prawda postacią literacką i posiadającą typowe cechy politycznej bestii, ale wystarczy zerknąć na całotygodniowe rewelacje z rubryki politycznej, by zobaczyć pewne różnice. Jego decyzje, a zwłaszcza ich efekty pokazują, jakie konsekwencje może przynieść dany wybór. Że zaznaczenie krzyżykiem określonej osoby to nie wybór awatara w grze online, a coś bardziej oddziałującego na nasze życie. Pośród politycznych przepychanej Vaughan nie zapomniał, że jego bohater to miłośnik komiksów z krwi i kości i jego słowami wiele razy oddał już pokłony w stronę powieści graficznej, stanowiącej dla niego pasję ipracę zarazem.

W finale wielu, naprawdę wielu komiksów autor zalicza poślizg. Wątki są zamykane pośpiesznie, bohaterowie są marnotrawieni, a cały klimat ulatuje w powietrze. Piąty tom „Ex Machiny” to coś zupełnie przeciwnego. Brian K. Vaughan zamknął swą serię w sposób o wiele sprawniejszy, niż miało to miejsce w „Y: Ostatni z mężczyzn”. Intensywność akcji znacznie wzrasta tu w porównaniu do poprzednich tomów i nie ma tu niedomówień. Vaughan pozostawia sobie jakby otwartą furtkę, lecz po latach od premiery ostatniego zeszytu i przy zmianach, jakie przeszło DC mądrzej będzie czekać na nowe pomysły tego twórcy. „Ex Machina” jest niezbędną pozycją na półce fana nie tylko Briana K. Vaughana, ale i komiksu wartościowego. Jakkolwiek by to rozumieć.

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Komiks do nabycia w internetowym sklepie Egmontu.