Komiksy ze Starego Pudła #8: The Man of Steel #1-6

Człowiek ze Stali” Johna Byrne’a został już zrecenzowany przez mojego redakcyjnego kolegę Tomka jako część Wielkiej Kolekcji Komiksów DC Comics. Odsyłam także do jego tekstu, bo chciałbym podejść do byrne’owskiego Supermana w inny sposób. Zwyczajnie nie lubię się powtarzać, ale chciałbym dołożyć swoje trzy grosze do dyskusji o ponad trzydziestoletnim komiksie o Mojżeszu z kosmosu.

            Na początek powiem, że to nie jest mój ulubiony origin Clarka Kenta. Dużo bardziej cenię sobie „Secret Origins” Geoffa Johnsa z rysunkami Gary’ego Franka. To ciepła opowieść o nadziei wizualnie nawiązująca do wspaniałego „Supermana” w reżyserii Richarda Donnera. Jednocześnie nie mogę powiedzieć, że „The Man of Steel” jest gorszy. Jest po prostu… inny. Podoba mi się w nim co innego i co innego będę krytykował; zawsze też przyznam, że nie wiem który jest lepszy, mogę tylko powiedzieć co jest bliższe mojemu gustowi.

            Ze względu na konieczność dziejową „The Man of Steel” podchodzi bardzo liberalnie do mitologii Kal-Ela. Byrne wywraca wiele jej elementów do góry nogami, inne wyrzuca za okno dokładając w ich miejsce kolejne. Tak trzeba było to rozegrać. Kiedy ktoś z was sprawdzi jakikolwiek komiks z Supermanem z lat 1970-1986 to przekona się, że wszyscy są już w Brązowej, albo nawet tzw. Mrocznej Erze komiksu, tylko nie Clark Kent. Z całym szacunkiem do ówczesnych twórców, ale Superman stał wówczas w miejscu. Scenariusze dalej były pisane pod klucz „szokująca okładka – słaby komiks” z niewyróżniającymi się niczym rysunkami. Tylko czasem trafiało się złoto pokroju Alana Moore’a i wychodziły cuda takie jak „Co się stało z Człowiekiem Jutra?”. Dlatego dzięki Bogu (czy może Rao, nie wiem) za Johna Byrne’a i „The Man of Steel”. Zadanie odświeżenia Supermana udało mu się perfekcyjnie. Nie tylko postać stała się bardziej atrakcyjna dla czytelnika, ale do kryptońijskich serii napłynęła świeża krew w postaci nowych twórców tworzących dynamiczne komiksy nieustępujące w niczym autorskiemu „Supermanowi” Byrne’a.

            Jak John Byrne osiągnął to wszystko? Przede wszystkim dzięki przeciętnemu scenopisarstwu i bajecznej warstwie graficznej. Tak, powiedziałem to; mimo, że Byrne ma na koncie świetne komiksy dla Marvela i DC to sądzę, że to autor, który ma dobre pomysły, ale nie zawsze wykonanie dorównuje jego rysunkom (poza „The Sensational She-Hulk”. She-Hulk jest super!). I tu jest tak samo: mamy sześć zeszytów, każdy eksploruje inny element lore Supermana. Pierwszy jest od dziedzictwie Kryptona i Kansas, a drugi o Metropolis i pracownikach Daily Planet. Trzeci eksploruje przyjaźń Supermana i Batmana, czwarty jest o Lexie Luthorze. Piąty zeszyt wydaje się być najsłabszą częścią, ale skupia się on na fantastycznonaukowym rodowodzie postaci Supermana prezentując krótki żywot Bizarro. Szósta część to podsumowanie nowego świata Clarka Kenta i wskazanie jak ważna dla niego jest Ziemia, a jak istotny jest Krypton.

            To świetny pomysł, który czyni z „The Man of Steel” dobrze rozpisany traktat na temat tego kim jest Superman i co składa się na jego świat. Poza swego rodzaju hołdem dostajemy też szereg zmian: Krypton to mało przyjazne miejsce, a jego mieszkańcy są na swój sposób odczłowieczeni przez pozorny brak uczuć i sterylne otoczenie, w którym żyją. Ten obraz kontrastuje z pełnym ciepła i nieco przaśnym Smallville. Nie ma już Superboy’a; Batman to raczej „frenemy” Supermana, a nie serdeczny druh z kart „World’s Finest Comics”. Można tak wymieniać godzinami, ale trzeba przejść do kwestii wykonania.

            Jest średnio. „The Man of Steel” to przyjemna lektura, ale wiem, że Byrne umie lepiej. Ba, „The Man of Steel” ma momenty, w których jest genialny. Pierwszy zeszyt chwyta za gardło i jest prawdopodobnie najlepszym komiksem w historii. Potem nie jest aż tak dobrze, muszę jednak docenić fakt, że Byrne stara się znaleźć jakąś logikę dla często naciąganych elementów postaci Supermana. Mówię tu na przykład o ukrywaniu twarzy Clarka jedynie za okularami.

            Jaka jest kreska Byrne’a każdy widzi. To złoty standard grafiki komiksowej lat 70. i 80. a i dzisiaj rysunki z „The Man of Steel” zawstydziłyby niejednego autora. Nie ma się tu nad czym rozwodzić; razem z kolorami Dicka Giordano to najjaśniejszy punkt całego komiksu.

             Żongluję tutaj zaletami, wadami i wnioskami, ale nadal trzeba odpowiedzieć na pytanie: jak to się czyta? Nie będę ukrywał, że mimo wszystko „The Man of Steel” to przyjemna lektura. Kiedy zapomni się o historycznym znaczeniu komiksu, to nadal zostaje nam porządne sześć zeszytów do czytania i oglądania. Nie twierdzę, że ten komiks nie zasługuje na szacunek; wspomniałem wcześniej o jego zasługach dla komiksów DC, ale warto czasem zapomnieć o estymie dzieła i zdjąć różowe okulary nostalgii, by spojrzeć na każdy tekst kultury na świeżo i z nowej perspektywy.