“Batman Antologia” Burtona i Schumachera – Recenzja

            Zebrało mi się ostatnio na wspominki i zacząłem myśleć o Batmanach Burtona i Schumachera. Ogólna opinia o całej kwadrologii jest powszechnie znana; dwa pierwsze filmy to arcydzieła, a Tim Burton wielkim reżyserem był. Z kolei produkcje Joela Schumachera uchodzą za, w najlepszym wypadku infantylne i złe; w najgorszym – za obraźliwe abominacje.

            Problem w tym, że sam obejrzałem te filmy i wyciągnąłem takie wnioski lata temu, kiedy mój gust był zdecydowanie inny. Po drodze w siłę urosło Marvel Cinematic Universe, które dało nam świetne filmy takie jak „Thor: Ragnarok” i „Ant-Man”, na papierze podobne do „Batmana Forever” i „Batmana i Robina”; lekkie, a wręcz komediowe, do tego bardzo lubiane. Postanowiłem, więc obejrzeć wszystkie obrazy, od „Batmana” z 1989 roku do „Batmana i Robina” i zastanowić się nad dwiema kwestiami. W tym celu skorzystałem z “Batman Antologia“. Po pierwsze, jak seria broni się po tych wszystkich latach? Po drugie, czy Joel Schumacher, nawet nakierowany przez studio na tworzenie komercyjnych filmów, wyprzedził swoje czasy tworząc mimo wszystko formy nowatorskie, które powtórzył dopiero Marvel prawie dwadzieścia lat później?

Batman

            O „Batmanie” właściwie ciężko opowiadać. Z całej czwórki to właśnie ten film daje najwięcej satysfakcji z oglądania. Fabuła tworzy logiczną i zamkniętą całość. Aktorzy są idealnie dobrani i dają oni z siebie wszystko. I wreszcie muzyka i scenografia, a co za tym idzie ton filmu, są genialne. Zaręczam wam, że jeśli ostatni raz oglądaliście ten film n lat temu i wam się podobał, to teraz możecie go docenić nawet bardziej.

            Ale po kolei. W tym filmie zdecydowano się na luźne podejście do ustanowionego komiksowego kanonu i zmodyfikowanie go na potrzeby produkcji. Jokera uczyniono nie tylko głównym przeciwnikiem Mrocznego Rycerza, ale także zabójcą jego rodziców. W konsekwencji scenariusz ma naprawdę ładną i nieco romantyczną klamrę dodającą obu postaciom bardziej osobistą dynamikę. Wiele osób ma z tym problem, bo czyni to misję Batmana bezcelową po finale wydarzeń, oraz odbiera jej ten abstrakcyjny wymiar, gdzie celem Nietoperza jest zbrodnia jako zjawisko, a nie jakiś konkretny przestępca. Nie należę do tego grona. Jak długo film da się oglądać z przyjemnością, kompletnie mi to nie przeszkadza. To może co najwyżej psuć odbiór sequela jako niepotrzebnego, ale wrócimy do tej kwestii przy omawianiu „Powrotu Batmana”.

            Podoba mi się, że główni aktorzy tak dobrze pasują do wizji reżysera. Michael Keaton to nie jest typ, który mógłby zagrać Batmana. To nawet nie jest typ, którego podejrzewałoby się o bycie Batmanem. Keaton przed 1989 rokiem był znany głównie z komedii, i z tego powodu fani podchodzili do jego castingu delikatnie mówiąc… sceptycznie. Ale na ekranie… na ekranie dzieje się magia.

            Już kiedyś o tym pisałem, ale mam swój mały headcanon do tego filmu, według którego Bruce Wayne ma trzy osobowości. Pierwsza to załamany Bruce, który chce pomścić rodziców. Widzimy go sam na sam z Alfredem i w Jaskini, przy „pracy”. Druga to Bruce-milioner. Raczej nieporadny, budzący uśmiech gość, którego Keaton mógłby zagrać. I wreszcie Batman; Bruce w stroju jest najdziwniejszą interpretacją Batmana jaką widziałem. To raczej na wpół teatralna persona niż superbohater. Każdy jego ruch jest obliczony, żeby wyglądać strasznie, albo fajnie. Myślę, że to nie tylko gumowy strój; w głowie Brusa Wayne’a siedzi coś, co każe mu obracać się jak debil na pięcie i człapać z rozłożoną peleryną w stronę przeciwnika. Uwielbiam to.

            Tak samo mogę chwalić Jacka Nickolsona jako Jokera. Jack Napier to oczywiście groźny szaleniec, ale jest w tym coś więcej. Ten Joker jest na swój sposób naprawdę zabawny. Operuje bzdurnym slapstickiem, a jednocześnie dorzuca do tego co jakiś czas dużo grobowego humoru. Czy to w filmach, czy animacjach i komiksach Joker jest czasami „za bardzo”. Za bardzo szalony i brutalny, albo zbyt infantylny. Ta inkarnacja jest w punkt. Wszystko potrafi obrócić w żart i wszystko może prowadzić do żartu.

            Muzyka to praktycznie drugie wybory. Pierwotnie twórcy chcieli zaangażować jako kompozytora Johna Williamsa i poprosić Michaela Jacksona o napisanie nowych piosenek na potrzeby filmu. Ostatecznie Williams wybrał pracę przy „Indianie Jonesie i Ostatniej Krucjacie”, a Król Popu był zbyt zajęty kolejną trasą koncertową. I tak w filmie słyszymy tracki od Danny’ego Elfmana i piosenki Prince’a. I to jest bardzo dobry kompromis. Właściwie nie zastanawiam się jak wyglądałby ten film z inną muzyką. Jest bardzo organiczna, stworzona by być tłem dla dziwacznego miasta Gotham. Miasta wyglądającego jak zmęczona kryzysem retrofuturystyczna metropolia.

Powrót Batmana

            Wiele z tego chciałbym powiedzieć także o „Powrocie Batmana”, ale naprawdę nie mogę. To bardzo dziwny film. Nie chodzi tu o to, że jest niepotrzebny, bo nie potrafię mu tego zarzucić. Jest po prostu pod każdym względem przegięty.

            Po pierwsze, Tim Burton skorzystał z danej mu swobody po sukcesie pierwszej części i kontynuacja „Batmana” to bardziej „Edward Nożyceręki” niż faktyczny „Powrót Batmana”. Buduje to wrażenie, że film kompletnie odcina się od udanego poprzednika. Z drugiej strony zyskuje na tym warstwa wizualna. Zdjęcia tutaj są przepiękne. Od groma tu cudownie skomponowanych kadrów, z cudnym oświetleniem. „Powrót Batmana” to baśń filmowa pełną gębą i nie umiem wyrazić jak bardzo podoba mi się ten koncept.

            Po drugie, historia jest zbudowana niekonwencjonalnie. Mało tu samego Batmana, a pierwsze skrzypce grają jego przeciwnicy. Człowiek Nietoperz tutaj to trochę bardziej reprezentacja sprawiedliwości, niż bohater z krwi i kości. Fabuła kręci się wokół Danny’ego DeVito cosplay’ującego Gargamela z koszmarów, Christophera Walkena w swoim żywiole i Michelle Pfeiffer w stroju kota. Nie pisze tego, żeby skrytykować tych aktorów, ale żeby zauważyć, że tylko jeden z tych wyborów castingowych jest inny niż wszystkie. Walken ma swoją specyficzną charyzmę. Pasuje tu idealnie. Pfeiffer tak samo. Gra tu samą siebie z lat 80. gdy rolą w „Człowieku z blizną” zerwała z wizerunkiem ładnej i grzecznej dziewczynki. Ale DeVito?

            To taki sam wybór jak Keaton w 1989. Danny był przede wszystkim kojarzony z komediami, choć idealnie wykorzystywał okazje do uderzania w poważniejsze tony. To wszystko jest w Pingwinie z „Powrotu…” na zmianę budzi on litość i w bardzo mroczny i niepokojący sposób umie mnie rozbawić. Jednocześnie to postać jednoznacznie zła i wyraźnie niewyżyta seksualnie, co jakoś psuje mi odbiór całości.

            Mam potężny problem z „Powrotem Batmana”. Z jednej strony nie umiem powiedzieć, czy jest lepszy od poprzednika. Oba sobie cenię, bo dają mi przyjemność z oglądania. Są piękne i naprawdę dobrze zagrane. Jednocześnie mam wątpliwości, czy „Powrót…” nie jest po prostu moim guilty pleasure. Ani to blockbuster, ani film artystyczny; czasem to wszystko jest do bólu przegięte. Może to jest to słynne kino autorskie, na które stawia dziś Marvel?

Batman Forever

            A teraz coś na co wszyscy czekali! Kiedy okazało się, że lubieżny mutant i sexy wariatka nie sprzedają dobrze bułek w Maku, zabawek, a nawet filmu, włodarze Warner Bros. uznali, że pora na zmianę stylistyczną w serii o Batmanie. Reżyserem Batmana III został Joel Schumacher. Człowiek z planem na ekranizację „Roku Pierwszego”. Studio tymczasem kazało mu zrobić film bardziej familijny, z użyciem jakiś elementów z planów Burtona. W tym momencie Keaton odszedł, uznając, że ten kierunek mu się kompletnie nie podoba. Zrecastowano go Valem Kilmerem.

            I tak powstał „Batman Forever”. Mieszanka Batmana Burtona i serialu z Adamem Westem. Film zachowuje część obsady, ale zmienia całą resztę. Jest inna muzyka; inna scenografia; inny pomysł na historię. Jest Robin. I ja właściwie lubię ten film. I to tak nieironicznie.
            Jeśli mowa o jakimkolwiek medium, to chętnie sięgam po gry, filmy czy książki z lżejszym podejściem do tematu. „Batman Forever” podchodzi do Batmana właśnie w lekki i paradoksalnie, bardzo samoświadomy sposób. Twórcy wiedzieli, że Batman swoje korzenie ma w komiksie i warto wyeksplorować to kolorowe zeszyty w poszukiwaniu inspiracji. Zdecydowano się na bardziej pstrokate i krzykliwe publikacje z lat 60. To odzwierciedla nowe Gotham, które kocham. Nadal są w nim potężne statuy wbudowane w architekturę miasta, ale dodatkowo wszystko oświetlają jaskrawe neony. Niektóre budynki wyglądają jak wyciągnięte ze steampunkowego fantasy, a Arkham to przerysowany gotycki zamek. Bajka!

            Tak samo kiczowata jest fabuła i adwersarze Batmana. Ace Ventura, tfu… Jim Carey gra Riddlera, który ma obsesję na punkcie Brusa Wayne’a. Mimo, że Pan Zagadka nienawidzi milionera, cały czas stara się małpować jego styl i osiągnięcia. Wspiera go Tommy Lee Jones w roli Two-Face’a, zwariowanego i oszpeconego prokuratora, który z kolei gardzi Batmanem. Obaj układają szalony plan obejmujący m.in.: kontrolę umysłów mieszkańców Gotham. Po drodze giną Latający Graysonowie, przeżywa jedynie najmłodszy Dick, który ostatecznie dołącza do Batmana jako Robin. Bardzo to wszystko komiksowe i pełne świadomej zabawy konwencją.

            Osobiście podoba mi się ten wybór złoczyńców. Lubię tak samo Riddlera i Two-Face’a. Nie mam problemów z ich bardziej komediową interpretacją, ale z drugiej strony nie umiem wskazać konkretnych różnic między obydwoma bandytami. Jedyne, co przychodzi mi do głowy to fakt, że Riddler ze swoimi ciągłymi zmianami strojów jest nieco queerowy. Ten akcent mocniej eksploruje „Batman i Robin” i to tam omówię ten aspekt filmów Schumachera szerzej.

            Czy Val Killmer to dobry Batman? Wydaje mi się mniej charakterystyczny niż Michael Keaton. Jest jak dla mnie nieco bezbarwny. Ale i tym razem Batman jest w filmie drugorzędną postacią. Więcej zastrzeżeń mam do Chrisa O’Donnella. Jest za stary. Miał 25 lat w 1995 i to widać. Uwielbiam go w „Zapachu kobiety”, gdzie gra niewinnego uczniaka i nie widać tam jego wieku (w dniu premiery Zapachu miał 22 lata), ale tu on sam chyba nie umie się odnaleźć, nie chodzi tylko o jego cool-stylówę z tamtych czasów. Średni to Robin. Może to nie ten typ aktora; może nie ta rola. Na Red Hooda było za wcześnie.

            Wypunktowałem sporo wad tego filmu, ale dał mi on tyle radochy. Sporo z tego, co oferuje „Batman Forever” zawarłbym w swoim własnym filmie o Batmanie. Synkretyczne Gotham, błazeńscy wrogowie, czy genialna muzyka. Właściwie to piosenki użyte w filmie: „Hold Me, Thrill Me, Kiss Me, Kill Me” U2 i „Kiss from a Rose” Seala już zawsze będę kojarzył z Batmanem. „Forever” to nie jest zły film, Boże broń. To chyba lata 90. nie były gotowe na taką wizję artystyczną.

Batman i Robin

            Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonany, że jedyne, coBatman i Robin” robi źle, to casting głównych bohaterów. Poza tym, film bierze wszystko to, za co zdążyłem pochwalić „Batmana Forever”. Paradoksalnie kończy jako spójniejszy i lepszy film niż poprzednik. Mało tego, „Batman i Robin” to list miłosny do serialu z Adamem Westem. Tylko, czy lata 90. były na to gotowe?

            Mam wrażenie, że nie, bo mało kto naprawdę docenia ten film, nawet w dobie superbohaterskich filmów gatunkowych. Tymczasem, pomimo „zabawkowości” filmu, wszystko jest tu obliczone na parodię i zabawę konwencją. Tak jak w starym serialu, postawiono na mniej lub bardziej dwuznaczny humor, kolorową i komediową otoczkę i świetne występy gwiazd epoki w rolach złoczyńców.

            Chcę tu szczególnie pochwalić Umę Thurman, która musiała świetnie bawić się na planie, świadoma rdzenia projektu. Jej Poison Ivy to groteskowa famme fatale. Z kolei Mister Freeze Arnolda Schwarzeneggera idzie w stronę tragicznego antybohatera z „Batman TAS”, ale konsekwentnie skręca w stronę bardziej komediowego ujęcia. Może się to nie podobać, ale już sam angaż Terminatora to wybór proszący się o taki kierunek.

            George Clooney jako Batman to zły wybór. Ten aktor naprawdę nie umie się tu odnaleźć. Wypada nijako, wręcz smętnie, a wtóruje mu Chris O’Donnell, grający tym razem buntującego się Graysona. Ciężko mi też powiedzieć cokolwiek pozytywnego o Alici Silverstone jak Batgirl. Trio bohaterów to pięta achillesowa tego filmu. Tymczasem reszta jest niezła.

            Przy okazji chciałbym pomówić o naprawdę widocznym homoerotyzmie w obu filmach Schumachera. Qeerowy Riddler i bat sutki to właściwie wierzchołek góry lodowej. Ludzie mądrzejsi ode mnie zauważyli już, że Ivy swoimi strojami i ruchami imituje drag queens, a Robin jest dorosły w obu filmach, żeby podkreślić bliską relację między Cudownym Chłopcem a Mrocznym Rycerzem, zauważoną już w latach 50. XX wieku. Ma to sens, wystarczy spojrzeć na serial telewizyjny. Westowski „Batman” wygląda trochę jak tani film dla dorosłych, reżyser obu filmów po prostu to dostrzegł i rozwinął. Dla mnie to kierunek jak każdy inny. Właściwie to na tle wyłącznie mrocznych i niemalże identycznych aktorskich adaptacji przygód Batmana muszę pochwalić to podejście za oryginalność.

            „Batmana i Robina” można nie lubić, ale należy wreszcie przyznać, że to nie do końca kontynuacja filmów Burtona, a raczej adaptacja starego serialu i film gatunkowy. Komedia. Parodia konceptu mściciela w kostiumie nietoperza. Konceptu, który umówmy się, niewiele ma wspólnego z realizmem i zdecydowanie nigdy nie miał mieć. Dlatego film ten po ostatnim jego seansie będę wspominał ciepło, nawet, jeśli aktorsko nie domaga.

Podsumowanie

            Nie wiem, czy jestem dość przekonujący. Czy pognacie zaraz do filmowych biblioteczek albo do sklepów internetowych i sprawdzicie czy zgadzacie się z moim osądem? Powrót do tych filmów okazał się nie być aż tak bolesny. Powiem więcej, uświadomił mi jak plastyczną postacią jest Batman; jak różnie i jak dobrze można go interpretować i nie gubić rdzenia tej postaci. A nawet pomógł mi polubić tego bohatera na nowo, dając do zrozumienia, że w drugiej połowie lat 90. czeka na mnie mniej poważny Człowiek Nietoperz. Nadal skomplikowany charakterologicznie, ale niezrozumiany, jakby wyprzedający swoje czasy. Wydaje mi się, że, ot taki „Batman Forever” jest bardzo blisko „Thora: Ragnarok” albo „Shazama!”. Może nawet bliżej, niż niektórzy by chcieli.

Dziękujemy sklepowi Gandalf za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.
Komiks i inne pozycje superbohaterskie znajdziecie w tej kategorii sklepu internetowego.