Superman Amerykański Obcy

Znacie genezę Supermana? W odpowiedzi możecie zapytać “którą?”. Wielu artystów podejmowało się tematu i wydawać by się mogło, że już nic ciekawego w temacie nie można dodać. Błędne sformułowanie. Max Landis podjął się tego zadania i stworzył coś świeżego, co nie powinno przejść Wam obojętnie koło nosa. Dlaczego?

Superman Amerykański Obcy” jest kolejnym, niekonwencjonalnym podejściem do genezy Supermana. Landis podzielił całość na 7 części, każdą z nich dedykując innemu okresowi życia głównego bohatera. Autor zwrócił uwagę na wiele kwestii dotąd bagatelizowanych przez scenarzystów. Na boczny plan odchodzą spektakularne bitki czy odgrywanie superbohatera. Poruszone są przyziemniejsze kwestie z naciskiem na aspekty emocjonalne i człowiecze u Clarka. Dużą rolę odgrywa otoczenie chłopaka. Całość komponuje całkiem naturalną i wiarygodną opowiastkę, która mogłaby dziać się w naszym świecie.

Okres przed przeprowadzką do Metropolis jest moim ulubionym. Clark nie jest typowym przybyszem z kosmosu. Stara się wieść normalne życie, zajmując się duperelami jak na chłopaka w jego wieku przystało. Wyskakuje z kolegami na browar, buszuje w szkole, a nawet podrywa najlepszą przyjaciółkę. Problem pojawia się już na pierwszych stronach, kiedy traci kontrolę nad swoimi mocami. Problem otwierający furtkę na nowe kwestie. Landis kładzie duży nacisk na próby wychowawcze oraz reakcje mieszkańców na rewelacje z Kentem, którzy nie udają ślepych, że gość obok nich strzela laserami z oczu czy robi fikołki kilkumetrowe jak szalony. Całość tworzy bardzo świeżą koncepcję, od której ciężko się oderwać. Ciekawość sama przewraca kartki na kolejną stronę.

Nie zawodzi okres po przeprowadzce do Metropolis. Obserwujemy jak główny bohater dojrzał w przeciągu lat. Stara się wieść nowe życie, które nie jest dla niego łatwe z wiadomych powódek. W historii występują ikoniczne postacie z otoczenia Clarka mające wpływ na jego dalszy charakter. Nieco naciągane i zbędne było dołożenie Oliver Queena czy Wayne’a, choć nie wpłynęło to negatywnie na jakość historii. No może z wyjątkiem motywu podobieństwa podczas pewnej imprezki ale da radę to przełknąć.

Myśleliście, że Superman był wzorowym harcerzykiem od zarania jego kariery? Nie u Landisa. Clark nie jest pewnym siebie bohaterem. Szargają nim ludzkie emocje oraz wątpliwości. Łatwo działa pod wpływem impulsu. Ma problem z kontrolowaniem emocji. Cechy ujęte przez Landisa są tym, czego brakowało mi w wiarygodnej genezie Supermana. Przemawia do mnie taka wizja Supermana. Nie każdy bohater był nieskazitelny na starcie i tu jest to właściwie ujęte. Interakcje z bliskimi postaciami zasiewają ziarno nieufności w głowie Clarka, co wpływa na jego dalsze postępowanie. Pierwsze zgrzyty z Luthorem są świetną grą myślową i ukazującą przepaść pomiędzy łebskim gościem, a tytanem mogącym Ciebie zmiażdżyć w każdej chwili. Scenarzysta wyszedł poza schemat dostarczając czytelnikom odpowiedzi na odgórne pytania typu “Dlaczego ludzie nie widząc w Clarku Supermana skoro nie jest zamaskowany?”.

Landis prawdopodobnie nastawiał się na dłuższą serię. Dowody na to można znaleźć w pewnych momentach wprowadzanych pod koniec niektórych historii. Urywki, które prosiły się o rozwinięcie w dalszej części komiksu. Niestety część motywów była wrzucona i dalej nie tykana. Na serię nie mamy co liczyć ponieważ wydawnictwo zerwało współpracę z Landisem. Powód jest dość kontrowersyjny ale to nie czas i miejsce na jego przyswajanie. Spokojnie odszukacie szczegóły jeżeli interesuje Was ten temat.

“Superman. Amerykański Obcy” jest unikalnym i ambitnym podejściem do genezy Supermana. Kolejna próba opowiedzenia tego co nam znam ale w nowej, bardziej przyziemnej odsłonie poruszającej emocjonalną i ludzką stronę tematu. Mało brakowało, żebym przeszedł obojętnie koło tej genialnej opowieści. Uratował mnie kumplem pożyczający mi komiks i dodając “musisz to przeczytać”. Na raz wciągnąłem tą lekką i optymistyczną historię, i nie żałuję. Polecam ją z całego serduszka.