Miles Morales. Spider-Man. Szkolony na bohatera. Tom 1 (Opinia)

Szkolony na bohatera„? Komiks, po których pokocha się Milesa Moralesa, serio!

„Szkolony na bohatera” to pierwszy tom opowiadając o przygodach Milesa Moralesa, który zadebiutował wcześniej w serii o „Ultimate Spider-Manie”. Historia Bendisa rozgrywa się po finale tamtych wydarzeń i prowadzi czytelnika klasyczną drogą „od zera do bohatera” czyli od genezy nabycia mocy, przez odnajdywanie się w nowej rzeczywistości, aż po pierwsze starcia z konkretnymi złoczyńcami i moment, w którym bohater zaczyna wyrabiać sobie własne imię. Schematycznie? Tak. Banalnie? Zdecydowanie nie!

Komiks powstawał w okresie, gdy Bendis był u szczytu swojej kariery, dlatego próżno szukać tu sztampowych rozwiązań. Owszem, autor korzysta z dobrze znanego schematu origin story, ale robi to w sposób dojrzały i przemyślany. To pełnowartościowa opowieść, która nigdzie się nie spieszy. Akcja nie wysuwa się na pierwszy plan, ustępując miejsca bohaterowi i jego otoczeniu. Dużo uwagi poświęcono temu, jak Miles odnajduje się w nowej sytuacji, jak reaguje na kolejne odkrywane fakty, w tym pojawiające się stopniowo nowe zdolności.

Istotną rolę odgrywa także wątek rodzinny. Choć Miles jest otoczony ciepłem i wsparciem rodziców, relacja z wujkiem Aaronem prowadzi do dramatycznych wydarzeń o poważnych konsekwencjach, a dobrze skrywana przeszłość nadaje sytuacjom mocniejszego wydźwięku (jak i budzi moją ciekawość w trakcie czytania). Równie ważne jest życie szkolne, które nie stanowi jedynie nastoletniego tła, lecz przestrzeń do budowania prawdziwych relacji. Koledzy z otoczenia Milesa są wyrazistymi postaciami, mają realny wpływ na jego rozwój i charaktery, z którymi łatwo się utożsamić. Warstwa obyczajowa to prawdziwe crème de la crème tego komiksu. Wnosi ogrom emocji i skutecznie buduje postać Milesa, dzięki czemu łatwiej zrozumieć jego motywacje, logikę działania i rodzącą się niezależność.

Jak natomiast wypadają elementy stricte superbohaterskie? Bawiłem się na nich bardzo dobrze, przede wszystkim dzięki umiejętnemu prowadzeniu trzech kluczowych wątków: relacji z wujkiem Aaronem, pojawienia się Spider-Mana z głównego uniwersum oraz obecności Nicka Fury’ego i złoczyńców trzeciego planu. Każdy z tych elementów ma wyraźny wpływ na budowanie pewności siebie Milesa i pojawia się w odpowiednich momentach jego „kariery”, sygnalizując kierunek, w jakim zmierza bohater. Co najważniejsze, wątki te przenikają się, tworząc spójną i wielowymiarową historię. Choć wątek Aarona jest w pewnym stopniu przewidywalny, skutecznie gra na silnych emocjach rodzinnych, a jego powiązania z innymi złoczyńcami oraz Ultimates podnoszą stawkę całej opowieści. Miles zostaje postawiony w sytuacjach, w których jego decyzje wiele mówią o jego charakterze, co znakomicie buduje dramaturgię. Z kolei wprowadzenie Spider-Mana z głównego multiwersum to bardzo dobrze wykorzystany zabieg, który pozwala rozwinąć potencjał wybranych antagonistów, zwiększa widowiskowość akcji i gra na emocjach związanych z serią „Ultimate Spider-Man”. Nie jest to jedynie sentymentalny chwyt, lecz również piękne domknięcie wątków postaci takich jak Gwen Stacy czy ciotka May.

To jeden z tych komiksów, po których nie tylko można pokochać tę postać, ale przede wszystkim zrozumieć, dlaczego Miles Morales jest pełnoprawnym bohaterem. Co więcej – bohaterem, który nie żyje w cieniu Petera Parkera, mimo korzystania z tego samego pseudonimu, a momentami potrafi nawet wypaść od niego ciekawiej.

Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.