Moon Knight: Tom 2 (Opinia)
Drugi tom „Moon Knighta”? Jed MacKay znowu dowiózł!
Fabuła dwójki wita nas po małym przeskoku czasowym. W międzyczasie przez uniwersum przetoczył się grubszy event, w którym Moon Knight postanowił… przejąć władzę nad światem! I choć znajomość tamtej historii nie jest tu niezbędna (dostajemy tylko drobne wzmianki), to fajnie buduje tło. Marc Spector wznawia terapię, a po godzinach nadal tłucze wampiry. Połączenie krwawej akcji z dogłębną psychoanalizą to w wykonaniu tego scenarzysty strzał w dziesiątkę.
Największym atutem serii wciąż jest wejście w głowę bohatera. MacKay po raz kolejny udowadnia, że czuje Marca Spectora jak mało kto. Kapitalnie rozkłada jego psychikę na czynniki pierwsze w gabinecie terapeuty, by zaraz potem rzucić nas w wir walki. Świetnie wypada też nieoczywista współpraca między trzema „Moon Knightami”: dialogi iskrzą, a to, jak tytułowy bohater wpływa na otoczenie i zmienia jego nastroje, buduje fantastyczny klimat.
Jeśli czekacie na akcję, nie będziecie zawiedzeni. Moon Knight z tego tomu jest bezwzględny, stanowczy i brutalny w swoich metodach. Przedsmak dostajemy już na starcie, gdy przesłuchuje wampiry, torturując je światłem słonecznym. Takie sceny to czysta esencja tej postaci, a świetny, gościnny występ Taskmastera tylko to odczucie potęguje. Łyżką dziegciu w tej beczce miodu jest niestety główny antagonista. Lider wampirów to gość totalnie nijaki, bez charyzmy i wyrazistego designu. Zapomina się o nim minutę po odłożeniu komiksu. Liczyłem na epickie starcie w finale, a dostałem rozczarowanie potężnego kalibru.
Rsownicy znów przeszli samych siebie. Kadry oszałamiają detalami, dynamicznymi pozami i odpowiednim wyeksponowaniem kostiumów. Jednak prawdziwą gwiazdą jest tu praca kolorystów i genialna gra światłocieniem. Śnieżnobiały kostium Moon Knighta, wręcz wycinający się z głębokich ciemności, robi piorunujące wrażenie!
Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.

