Ted: Sezon 1 (Opinia bezspoilerowa)
Odważny, mocny, ale często chamski humor? Właśnie tak zapamiętałem filmową wersję „Teda”, który zrobił absolutną furorę w moich szkolnych czasach, a ja szybko dołączyłem do fali fanów zajaranych przygodami charyzmatycznego miśka. Z biegiem lat obawiałem się, że to już „nie dla mnie”, ale chętnie dałem szansę serialowej wersji „Teda„. No i pierwszy sezon przekonał mnie, że nadal jestem odbiorcą tej konwencji!
Serial pełni rolę prequelu do filmów czyli obserwujemy tu, jak wyglądało życie nastoletniego Johna po tym, jak jego życzenie się spełniło i miś cudem ożył. Zaglądamy do ich rodzinnego domu, żeby rozeznać się w panujących tam nastrojach, oraz podglądamy ich w szkole, gdzie John i Ted kończą właśnie liceum.
Produkcja świetnie uderza w te same struny co kinowy hit. Humor nadal jest odważny, bezkompromisowy, momentami wręcz chamski. John i Ted dają czadu, serwując masę tekstów, które potrafią rozbawić do łez albo wywołać srogie zażenowanie w stylu: „ej, ale tak się nie robi”. Mamy tu mnóstwo podtekstów seksualnych, nabijania się z kumpli czy żarcików o paleniu zioła. Jednak to wszystko idealnie działa w ramach realiów szkolnych z tamtych lat, kiedy takie tematy wchodziły w modę i nastolatki po prostu tym żyły. Twórcom udaje się nawet przekuć luźne dowcipy w pełnoprawne wątki odcinków jak w epizodzie, gdzie John i Ted żartują z rodzinnej sytuacji Clive’a, który wcześniej się nad nimi znęcał. To mocny odcinek, ale kończy się w taki sposób, że aż robi się miło na sercu.
Jednak to wcale nie humor kupił mnie w tym serialu najbardziej. Pierwszym powodem są bohaterowie. Postacie są świetnie napisane, poświęcono im mnóstwo uwagi, a aktorzy zostali tak genialnie dobrani, że potrafią idealnie współgrać ze sobą na ekranie i wyciągnąć z tej konwencji wszystko, co najlepsze. Blaire błyskawicznie kupiła mnie jako głos rozsądku, z kolei rodzice Johna (Susan i Matty) idealnie funkcjonują jako stereotypowe małżeństwo z tamtych czasów, oboje mają swoje niespełnione marzenia i serial znajduje czas, by to pokazać. To jeden z tych tytułów, gdzie dba się o bohaterów, dając im osobne i wspólne wątki, a każdy z nich rozbudowuje świat i pozwala poczuć klimat tamtego okresu, również przez popkulturowe smaczki (jak moda na wypożyczanie kaset wideo czy wczesne automaty do gier).
Drugim plusem było głębsze wejście w życie bohaterów i odsłanianie ich historii. To nie tylko zbliżało do postaci i nadawało im tła, ale służyło twórcom jako świetne narzędzie do komentarza społecznego. Miłosne życie Blaire to dobrze przedstawiony problem z odnalezieniem własnego „ja” w świecie, gdzie stereotypowa rodzina tylko to utrudnia. Z kolei Susan to wyraziście napisana kobieta z niespełnionymi ambicjami, która czuje się więźniem własnego domu i nie potrafi z niego wyjść. Tych wątków jest znacznie więcej i każdy z nich niesie ze sobą sensowne przesłanie.
Wady? Na siłę przyczepiłbym się do przeciąganych żartów. Czasami puenta już dawno padła, a twórcy dalej każą postaciom gadać, przez co dowcip traci impet i ma się ochotę po prostu iść dalej. Kolejnym minusem było ponowne sięgnięcie po motyw samego ożywienia Teda. Bez spoilerów powiem tylko, że twórcy coś z tym zrobili i choć sprawnie wybrnęli z tego pod kątem ciągłości z filmami, to moim zdaniem zabiło to trochę urok unikalności Teda.
Dziękujemy SkyShowtime za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.
Tekst dostępny również na Serialomaniak.com

