Batman. Przygody rodziny Wayne’ów. Tom 5 (Opinia)

Ostatni, piąty tom „Przygód Rodziny Wayne’ów”? Kolejny dowód na to, że ta seria jest po prostu genialna.

Mógłbym w zasadzie skopiować wszystko, co pisałem przy poprzednich częściach, bo formuła się nie zmienia, a jednak za każdym razem bawi i zaskakuje tak samo! Twórcy wciąż mają masę pomysłów na serwowanie nam zabawnych, pouczających i wzruszających historii. Zebrane do kupy dają obraz rodziny z prawdziwego zdarzenia i właśnie dlatego ten tytuł tak cudownie wyróżnia się na tle innych, zazwyczaj śmiertelnie poważnych komiksów o Batmanie.

Po raz kolejny dostałem dawkę humoru, od której autentycznie bolał mnie brzuch. Szczególnie zapadły mi w pamięć dwa momenty: Kiedy Diana odwiedza jaskinię Batmana i totalnie szaleje na punkcie jego zwierzaków. Jej spotkanie z Goliatem to czysty, uroczy i przezabawny urok; Scena, w której cała Bat-rodzinka próbuje zaopiekować się chorym lokajem. Oglądanie tych profesjonalnych mścicieli, którzy do ugotowania zwykłej zupy podchodzą z takim samym planowaniem taktycznym jak do infiltracji Arkham, to był absolutny ubaw.

Z drugiej strony komiks potrafił mocno wzruszyć i pokazać bohaterów od tej dojrzalszej strony. Jason Todd jako mentor… Ku mojemu zaskoczeniu, ten wątek wypadł niesamowicie dobrze. Jason wykazał się ogromną bystrością umysłu, a jego relacja z podopiecznym była inspirująca. Zwłaszcza pod kątem tego, jak pięknie poukładał priorytety, stawiając dobro drugiego człowieka ponad samą misję.

Ogromny plus leci też za wyciągnięcie na pierwszy plan postaci, które w głównym kanonie DC zazwyczaj grzeją ławkę rezerwowych. Signal – Jako lider podczas misji ratunkowej w końcu dostał odpowiednią przestrzeń i pokazał swój pełny potencjał. Batwing – Jego rozliczenie z ojcem zostało pokazane krótko, treściwie i z ogromnym wyczuciem. Twórcy tak dobrze zarysowali perspektywę obu stron, że trudno jednoznacznie wskazać, kto ma tutaj rację.

Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.