Universal Monsters: Potwór z Czarnej Laguny (Opinia)

Potwór z Czarnej Laguny żyje” to nowoczesne odświeżenie historii jednego z najbardziej klasycznych kinowych potworów. Fabuła rzuca nas w wir śledztwa dziennikarki Kate Marsden, która wyrusza z misją schwytania seryjnego mordercy, a przy okazji zderza się z żywą miejską legendą, tytułowym stworem.

To krótka, konkretna i bardzo treściwa opowieść. Scenariusz szybko przechodzi do sedna i bez zbędnego przeciągania gna prosto do finału. Tempo wydarzeń jest sensownie dopasowane do kompetencji bohaterki oraz jej towarzyszy, dzięki czemu całość utrzymuje poważny ton rasowego dreszczowca. Twórcy sprawnie podkręcili atmosferę pod samą akcję, która potrafi przyprawić o gęsią skórkę i stawia trafne pytanie: kto tu tak naprawdę jest „prawdziwym potworem”?

Co ciekawe, tytułowego stwora… wcale nie ma tu za dużo. Przez większość czasu musimy uważnie śledzić kadry, żeby wyłapać przemykający w tle cień. Taki zabieg akurat świetnie buduje nastrój i trzyma w napięciu. Choć potwór nie wywołuje paraliżującego strachu, to jego obecność zmusza do refleksji nad główną myślą komiksu. Sama historia kończy się w tak otwartym punkcie, że to od nas zależy, jakie wnioski wyciągniemy z tego seansu.

Niestety, album zostawił mnie też z lekkim uczuciem niedosytu na kilku płaszczyznach:

  • Zmarnowany potencjał legendy: Sam potwór został sprowadzony wyłącznie do roli mitu, którego mocniej nie rozwinięto. Z jednej strony ma to swój minimalistyczny urok, ale z drugiej kompletnie zabiło to zagadkę, tajemniczość i realne poczucie zagrożenia.
  • Brak tła i głębi: Scenarzyści niespecjalnie wysilili się przy zarysowaniu przeszłości postaci. Brak znajomości klasycznego filmu jest tu niestety odczuwalny. Bez tego nie wiemy właściwie nic o dziennikarce Marsden, przez co jej życiowe narzekania brzmią dość pusto.

Za rysunki odpowiada jeden artysta, a kolory dzieliło między sobą dwóch twórców. Efekt jest taki, jakby nad albumem pracowała cała zgraja ludzi o skrajnie różnych stylach. Brak spójności wręcz kłuje w oczy: raz postacie są dopracowane w najmniejszych detalach, by za chwilę straszyć rozmyciami i ordynarnymi uproszczeniami. Twarze potrafią przejść od naturalnej mimiki do dziwnych, nienaturalnych wygięć, a tła ewoluują od pedantycznie odmalowanej flory do kilku chaotycznych maźnięć pędzlem. Przy tak krótkiej historii oczekuję wizualnej konsekwencji. Przez ten graficzny rozkrok mam ogromny problem z ostateczną oceną tego, czy te rysunki są w ogóle dobre.

Dziękujemy Lost in Time za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.

Tekst dostępny również na Serialomaniak.com