Larfleeze (znowu) wymiata!

Konkretniej chodzi o „Green Lantern Corps #12”, w którym liderzy obecnych Korpusów skrzyknęli się na prośbę Jessicy (obecnie to ona stoi na czele Zielonych Latarni), żeby działać ramię w ramię i zbudować nową drogę dla spektrum emocjonalnego. O dziwo wszyscy się zgodzili, ale… no właśnie! Trzeba nakłonić do tego Larfleeze, którego chciwość nie zna granic.

Powiedzieć, że spotkanie Latarników z Larfleeze przebiegło niespokojnie to jak nic nie powiedzieć. Larfleeze zaatakował ich z zaskoczenia, jebnął pociskiem na miarę bomby atomowej, powiększył się do rozmiarów kaijuu i samotnie zaatakował OA. Oczywiście liderzy uniknęli w ostatniej sekundzie ataku i przystąpili z korpusami do obrony OA, ale Larfleeze nie odpuszcza tylko łoi ich, że aż miło.

No i super! Brakowało mi nie tyle uszanowania Larfleeze’a, co pokazania jego potencjału a Morgan Hampton (scenarzysta) robi to na medal – uchwycił charakter stworka, pokazał jego kreatywność połączoną z brakiem hamulców, a przede wszystkim daje czadu rozpisując walkę (ukłon dla artystów, że potrafią to pokazać z pazurem i widowiskowością). Historia nie pozostawia złudzeń, że Larfleeze to jednosobowa armia, na której potrzeba wielu kotów.

Jako ogromny fan Larflezze jestem spełniony! Szkoda, że pewnie za numer, góra dwa, zostanie pokonany lub ogarnięty i będą trzymali się za rączki… ale warto doceniać momenty!