Relacje braterskie w 2 sezonie „Peacemaker” (Opinia)
Bardzo podoba mi się ogrywanie relacji bratejskiej w drugim sezonie „Peacemaker” za pomocą multiwesum.
Niby nic skomplikowanego, bez fajerwerków. Proste rozmowy o życiu, z życia wzięte, przy drineczku w dobrych nastrojach. Raptem kilka interakcji, które policzymy na palcach jednej ręki przez trzy odcinki…

…ale „sukces” leży właśnie w tej prostoscie, z którą każdy widz może się identyfikować, bo każdy z nas miał chociaż raz w życiu takie chwile. Rozmowy wręcz buchają od emocji pamiętając jak potoczyły się losy braci w głównym świecie. Teraz możemy zobaczyć co stracili, jak mogło wyglądać „idealne” życie Peacemakera. Historia ma bardzo personaly wydźwięk, trzyma w napięciu (z każdym odcinkiem mocniej po pewności siebie Peacemakera, która pewnie go zgubi), sam bohater zaczyna przyznawać, który świat jest dla niego lepszy, a do którego wraca z kamieniem na sercu.
W tym miejscu można nie tylko docenić scenariusz Gunna, bo znowu opowiada bardzo emocjonalne historie, ale i trzeba docenić warsztat aktorski Johna Ceny. Chłop ma nie lada wyzwanie, ponieważ w tym sezonie musi więcej lawirować w kilku klimatach – od bardzo brutalnych akcji, po głupie śmieszki, kończąc na poważnych i emocjonalnych tonach. We wszystkim odnajduje się naturalnie, zza ekranu wierzę w to co obserwuje, a to jest najważniejsze. Oczywiście nie jest to warsztat aktorski na miarę oskarów, ale pamiętajcie o korzeniach Ceny, dotychczasowym portfolio aktorskim – na moje lepiej wypada od The Rocka i większości wrestlerów, którzy stawiają kroki w branży aktorskiej.

