Superman. W łańcuchach. Tom 2 (Opinia)

Superman. W łańcuchach„? W dobrym kierunku rozkręca się „Superman” Williamsona!

„W łańcuchach” to drugi tom jednego z moich ulubionych obecnie runów, w którym Superman zaczyna badać stare projekty osadzonego w więzieniu Luthora. Wśród papierów odnajduje wzmiankę o więźniu. Superman uwalnia go i jest to wręcz otwarcie puszki Pandory, ponieważ „stary obiekt eksperymentów” Luthora jest wkurzony za wieloletnie więzienie i postanawia pokazać światu swoją złość, najbardziej koncentrując się na Luthorze.

Historia zaczyna się dość prosto, wręcz klasycznie. Na tyle, że nie ma tu nic zaskakującego czy mocniej angażującego. Ale im więcej poznajemy szczegółów i obserwujemy rozwój wydarzeń, tym łatwiej się w nie wciągnąć, ponieważ na jaw wychodzą nieoczywiste fakty o współpracy Luthora, które pokazują, że jest tu plan na opowiedzenie większej historii. Wydarzenia są o tyle ciekawsze, że uczestniczy w nich spora grupa superbohaterów, a wyzwanie, jakie przed nimi stoi, i konieczność elastycznego podejścia powodują, że historia jest daleka od klasycznego klepania się po twarzach. Najlepiej widać to w sposobie pokonania „Pana od łańcuchów”, przy którym muszą skorzystać z kilku technologicznych patentów, bo mroźny oddech czy laser z oczu tu nie wystarczają. Jednak wisienką na torcie jest dla mnie debiut nowej postaci powiązanej ze światem duchów, która sama w sobie jest dość świeżym konceptem, a jej historia świetnie wpisuje się w wątki zaczęte przez Williamsona. Podoba mi się też sposób pisania relacji Supermana i Luthora. Jest intensywna, gęsta od emocji i niechętnego przełamywania wewnętrznych oporów, a wszelkie zwroty akcji sprawiają, że ciężko przewidzieć ich kierunek. Choć w pewnych momentach się zbliżają, to jednak muszą pozostać daleko, bo pewnych bram nie przeskoczą.

Wyłącznie byłem rozczarowany motywacją „Pana od łańcuchów”. Choć Williamson prostymi rozwiązaniami ukazuje tragizm postaci i nie trzeba nad tym specjalnie się rozwodzić, żeby w to uwierzyć, to jednak bohater postępuje dość nielogicznie i momentami stereotypowo, przez co trudno kupić jego zachowanie. Najlepiej pokazują to jego wnioski. Dosłownie każdą kwestię podpina pod swój punkt widzenia i nie dopuszcza do siebie czyichkolwiek słów, ale pojawienie się pierwszej obcej osoby i zwykłe „nie lubimy Luthora” nagle przekabaca go na drugą stronę. To tylko świadczy o dość słabej kreacji charakteru, wręcz płaskiej i naiwnej.

Poprzednio chwaliłem rysunki Campbella i mogę to powtórzyć. Jego ilustracje tryskają energią, idealnie oddając optymistyczny ton scenariusza Williamsona. Wielokrotnie wykorzystuje intensywne kolory i jaskrawe światła, by podkreślić emocjonalne momenty, nadając im epicki charakter. Podobało mi się też jego eksperymentowanie z kolorystyką. Przy bardziej mrocznych sekwencjach Campbell zmienia paletę barw, np. ciemniejsze odcienie połączone z intensywną czerwienią dodają ostrości scenom oblężenia Metropolis przez Parasite’a. Takie smaczki sprawiają, że historia wizualnie zyskuje na różnorodności i nie jest monotonna.

Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.