Hacks: Sezon 5 (Opinia bezspoilerowa)
Po 5 latach nadszedł czas, by pożegnać się z „Hacks”. Niestety, bo to jedna z moich ukochanych komedii, ale zakończenie serialu tak pięknie domknęło całą historię, że spokojnie mogę powiedzieć: zrobili to w odpowiednim momencie.
Historię w „Hacks” kończymy ostatnim występem w karierze Deborah, który jak to u niej nie przebiega normalnie. Bohaterka wciąż ma zakaz publicznych występów, więc nie brakuje zabawnego kombinowania, jak dopiąć swego. Cały ten motyw został poprowadzony po mistrzowsku, a co ważniejsze, twórcom udało się uniknąć tanich, zgranych schematów. Brak tu wymuszonych konfliktów z Avą czy dram rodzinnych. Zamiast tego dostajemy sojusz z prawdziwego zdarzenia, byle tylko osiągnąć cel. Po tylu sezonach była to niezwykle potrzebna zmiana. Postacie w końcu wyrwały się z błędnego koła, a czytelnik mógł poczuć siłę więzi, którą kuto między nimi przez lata.
Główny wątek zasługuje na medal. Scenarzyści zadbali o każdy detal związany z karierą i samym występem, dzięki czemu dostaliśmy kompletne, głębokie spojrzenie na branżę rozrywkową. Przy okazji pokazali, jak sprytnie można obejść system. Świetnie współgrało to z nawykami bohaterów, które wyrobili w sobie przez sezony. Teraz mogli użyć ich niczym asów z rękawa. Idealnym przykładem jest Jimmy, który wreszcie wychodzi z cienia, pokazuje pazura i rozwiązuje niejeden problem, czy Randy, która dostaje kilka okazji do zabłyśnięcia i zaserwowania nam zabawnych chwil.
Fajnie też, że na ostatniej prostej upieczono pieczeń z aferami, które przez sezony były nieco zaniedbane jak choćby relacje Deborah z fanami czy jej specyficzny stosunek do mediów. Zrodziło to masę zabawnych konfliktów, ale też sensownie uwypukliło otaczające nas problemy. To właśnie w tych momentach najlepiej było widać ewolucję postaci. Deborah okazała autentyczną skruchę i pokazała realną zmianę, co od razu przyniosło świetne efekty.
Twórcy dopilnowali, by to było pożegnanie z prawdziwego zdarzenia. Dostaliśmy mnóstwo humoru bawiącego się konwencją. Mam wrażenie, że zrzucono tu wszelkie limity i wyciśnięto esencję z tego, co do tej pory jedynie sugerowano, ale bez ryzykownego przekraczania granic dla samych postaci. Pamiętacie, jak Ava bała się swoich uczuć do Deborah? Siódmy odcinek poświęca temu całą uwagę, świadomie wracając do tematu. Wszyscy jadą tam po bandzie, dając nam prawdopodobnie najzabawniejszy epizod całego serialu, od którego autentycznie bolał mnie brzuch. A to nie był jedyny taki moment!
To był też czas na ostateczne domykanie wątków prywatnych m.in. stabilizację relacji rodzinnych czy sfery uczuciowej. Twórcy sięgnęli co prawda po bezpieczne rozwiązania, na które czekaliśmy latami, ale podali je w tak sensowny sposób, że przyjmuje się je z czystą radością. Odcinek, w którym Deborah prostuje relacje ze swoją córką i siostrą, dał mnóstwo momentów do przemyśleń i autentycznych wzruszeń. Podobnie sprawa ma się na gruncie zawodowym. Jimmy i Kayla dochodzą do przełomowego momentu w karierze, który tak idealnie wykorzystuje ich unikalne umiejętności i cementuje ich relację, że uśmiechałem się i wzruszałem jednocześnie. To była jedna z najfajniejszych kulminacji w świecie seriali.
Jedyne obiekcje miałem do finałowego odcinka. Z jednej strony jego przesłanie było urocze i dało wzruszające zwieńczenie relacji budowanej przez lata. Z drugiej strony Deborah podjęła dość kontrowersyjną decyzję, która zwyczajnie gryzie się z jej charakterem. Sam motyw został też strasznie przeciągnięty przez wieczne bieganie Avy i Deborah wokół siebie. W pewnej chwili człowiek miał już po prostu ochotę krzyknąć: „ogarnijcie się wreszcie i dojdźcie do TEGO punktu, bo ile można!”.
Dziękujemy HBO MAX za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.
Tekst dostępny również na Serialomaniak.com

