Lioness: Sezon 3 (Opinia bezspoilerowa)
Zaczynając swoją przygodę z „Lioness” nie zdawałem sobie sprawy, że to serial, który z sezonu na sezon będzie podnosił poprzeczkę. Trzeci sezon trafił w mój gust na tyle mocno, że cotygodniowa emisja przypomniała mi, za co właściwie uwielbiam seriale… Wkręciłem się w tę historię do tego stopnia, że ledwo mogłem wysiedzieć w miejscu pomiędzy kolejnymi poniedziałkami!
Co jest tak magnetyzującego w nowym sezonie? Przede wszystkim losy Joe! Po misji na terenie Ukrainy zostaje uprowadzona, a cała agencja przez cały sezon próbuje ją uratować zanim zostanie wywieziona za granicę. Twórcom udało się skonstruować fabułę, która utrzymuje otoczkę tajemnicy i przez cały sezon każe zadawać pytanie „kto za tym stoi?”. Tropów jest mnóstwo, ale żaden nie daje jednoznacznej odpowiedzi, a dodatkowe osadzenie historii na tle realnego konfliktu rosyjsko-ukraińskiego tylko dodaje przekazowi siły (prawdziwy punkt odniesienia, z którym siłą rzeczy wiąże się emocje). Sytuacja Joe wybrzmiewa mocno z dwóch powodów: po tylu sezonach naprawdę zżyłem się z tą bohaterką; historia prowadzona jest na dwóch płaszczyznach czasowych (teraźniejszość pokazuje pracę agencji i to, co dzieje się z Joe – mocne, wręcz obrzydliwe w swojej brutalności obrazy tortur; przeszłość – pokazuje początki sprawy i życie rodzinne Joe). Nie jestem fanem prowadzenia historii w ten sposób, bo często jedna linia czasowa odbiera drugiej aurę tajemnicy, ale tu udało się uniknąć tej pułapki, koncentrując obie historie na innych priorytetach, dzięki czemu całość jest przejmująca emocjonalnie i tylko podkręca niepewność co do dalszych losów Joe. Jedyne, czego mi tu zabrakło, to wyraźniejszych wizualnych sygnałów rozróżniających obie linie czasowe. Bez nich chwilami trzeba było uważnie śledzić kontekst czy napisy, żeby nie pogubić się, która to scena (szczególnie w pierwszych dwóch odcinkach).
Mniejszy czas ekranowy Joe zaowocował poświęceniem więcej uwagi innym bohaterom, czego serial potrzebował po dwóch sezonach. Historia weszła głębiej w struktury agencji, pokazując ich faktyczną pracę na różnych szczeblach, działanie pod presją i różne, czasem błędne, decyzje napędzające fabułę (co lepiej oddaje ludzkie zachowania i odruchy, zwłaszcza kiedy nie zawsze da się oddzielić pracę zawodową od osobistych relacji np. podczas rozmowy Kaitlyn z rodziną Joe). Doceniam też, jak inteligentnie prowadzone są dialogi i cały warsztat szpiegowski. Najlepszym przykładem jest scena konfrontacji z Byronem Westfieldem w restauracji, która buduje napięcie bez zbędnych wyjaśnień (dokładnie tak, jak powinna wyglądać polityczna gra). To też był dobrze wykorzystany czas na lepsze zarysowanie charakterów oddziału Joe. Pokazanie, co ich właściwie łączy i jak każde z nich na swój sposób przeżywa utratę liderki. Szczególnie spodobało mi się to w kontekście Cruz, co po dwóch sezonach jej relacji z Joe wypadło na swój sposób urocze i przejmujące jednocześnie.
Serial zyskuje na rozmachu akcji z sezonu na sezon. Do dziś lubię wracać do ukraińskiej sceny z pierwszego odcinka, kiedy bohaterowie idą przez pole z dronami nad głową (niesamowity rozmach, praca kamery skupiona na uchwyceniu technologii XXI wieku, a przede wszystkim imponujące rozplanowanie strategiczne i wczucie się obsady w rolę, pokazujące fachowe przygotowanie). Dochodzi do tego kinowe uchwycenie scen, tworzące niesamowity klimat, kiedy kamera daje bardziej panoramiczny obraz otoczenia – bardzo klimatyczne, zwłaszcza przy wykorzystaniu mgły. Podobne wrażenia miałem przy kilku innych sekwencjach, ale sami wiecie… bez spoilerów!
Po dwóch sezonach mogę jak mantrę powtarzać, że obsada wciąż robi niesamowitą robotę. W tym sezonie mogę do tego dorzucić fachowe przygotowanie do pozycji swoich postaci, dające bardziej profesjonalne obrazy zarówno w polu, jak i w polityce. Czapki z głów muszę jednak zdjąć przed Zoe Saldaną za to, jaki obraz stworzyła w tym sezonie. Jej gra była przejmująca i pełna emocji, pokazujących cały dramat toczący się wokół jej postaci. I to nie tylko fizycznie, kiedy podczas tortur stanęła przed wymagającym wyzwaniem pokazania cierpienia, bólu czy aktu desperacji, ale i w scenach rodzinnych, gdzie z resztą obsady musiała złapać chemię i emocje na odpowiednim tonie (tak, żeby z jednej strony budować ciepły obraz, a z drugiej cały czas przypominać, że to obraz fałszywy, bo za tą rodziną stoją nierozwiązane problemy, których nigdy nie przepracowali).
Poważniejsze zastrzeżenie mam do sposobu, w jaki rozwiązano „zagadkę sezonu”. Nie podobał mi się sposób ujawnienia najważniejszych odpowiedzi… Bez spoilerów powiem tylko, że konkretne informacje poznaje wyłącznie widz, a nie bohaterowie, którzy biegali za nimi przez cały sezon. Nie było to dla mnie satysfakcjonujące, bo stawia to kolejny sezon w sytuacji, w której zabraknie tej tajemniczej aury skoro będę wiedział więcej niż bohaterowie…. No i nie osobny pstryczek w kierunku pętli losów Joe… Pewne motywy wracają jak bumerang przez co mam wrażenie, że ta postać zupełnie nie uczy się na swoich błędach, mimo że na początku sezonu dostajemy sygnały sugerujące co innego.
Dziękujemy SkyShowtime za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.
Tekst pierwotnie opublikowano na Serialomaniak.com

