Peacemaker – 6 odcinek 2 sezon (Opinia bezspoilerowa)

Co tu się odjebało… zyli 6 odcinek drugiego sezonu „Peacemakera” za nami!

Autentyczna reakcja po ostatnich sekundach… Odcinek, który jako pierwszy zrobił ogromny przewrót fabularny! Przewrót, który dla wielu nie będzie zaskoczeniem, ponieważ od 1 odcinka krążyły teorie fanowskie na ten temat, ale droga do tego punkty jest satysfakcjonująca, szokująca – do tego stopnia, że już chce obejrzeć kolejne odcinki!

Wcześniejsze odcinki są świetną podbudową do zwartej akcji, która zaczęła się na tym etapie. Na tyle dało się związać emocjonalnie z bohaterami, ze światem, z ich sytuacją, że każda interakcja, nawet najmniejsza pierdoła, budzi ciekawość i trzyma emocjonalnie za jaja, że aż boli. No ale… Gunn z ekipą pozwalają sobie na naprawdę wiele, aby bawić się rzeczywistością. Od pierdół jak wokalista beatlesów (pierwotnie z Rolling Stones, tak?) po WIELKIE RZECZY, które w ostatnich 2 minutach odcinka są potężnym kopnięciem!

Ale prawdziwa siła odcinka leży w rozmowach: Rick Flag wytacza prawdziwe działo, które już teraz można traktować jako wstęp do „Man of Steel” (nieobowiązkowy, widz ogarnie film bez tej wiedzy, ale coś tam dopowiada – no i gościnna minuta mistrzostwo!) czy Vigilante (uważam, że ta postać przejdzie największą przemianę pod wpływem najbliższych wydarzeń, o tym w poniedziałek).

Ciężko pisać o odcinku bez spoilerów, dlatego lecimy z nimi od przyszłego tygodnia. Czego nie robi amerykańskie HBO MAX… konkretami walą z samego rana, chwilę po emisji odcinka, LOL!

P.S. NIE DZIWIĘ SIĘ, ŻE GUNN NIE DAWAŁ ODCINKÓW 6-8 RECENZENTOM. Historia nie miałaby takiego jebnięcia gdyby cokolwiek wyciekło wcześniej