Przeznaczenie X. Nieśmiertelni X-Men

Przeznaczenie X. Nieśmiertelni X-Men”? Prawdopodobnie mój ulubiony tom serii!

Fabułę „Przeznaczenia X. Nieśmiertelnych X-Men” da się streścić w jednym zdaniu: wybór nowego członka Rady oraz osąd Celestianina. Krótko, prawda? Niech jednak Was to nie zmyli, bo choć punkt wyjścia jest prosty, to ilość wydarzeń i konsekwencji sprawia, że głowa może eksplodować od nadmiaru wrażeń.

Przede wszystkim sama rekrutacja nowego radnego wcale nie przebiega tak gładko, jak mogłoby się wydawać. Chętnych na wolne stanowisko nie brakuje, każdy wybór niesie za sobą konkretne następstwa, a obecni członkowie Rady doskonale zdają sobie sprawę, że uczestniczą w grze o wysoką stawkę i chcą z niej skorzystać do poszerzenia swoich wpływów. Zresztą… kto by nie chciał w takiej sytuacji? Historia jest usłana intrygami, manipulacjami na miarę „Gry o Tron”, gdzie zawieranie sojuszy jest równie ryzykowne, co wykładanie asów z rękawa, ponieważ radni patrzą wzajemnie na swoje ręce i poruszają się ostrożnie wiedząc do czego będą prowadziły złe decyzje. Szczególnie czujnie obserwowany jest Sinister czyli manipulant z krwi i kości, który doskonale wie, gdzie i kiedy uderzyć, by wszystko wymknęło się spod kontroli.

Decyzje podejmowane przez Radę mają ogromny wpływ na cały świat mutantów, dzięki czemu wyraźnie czuć, że poruszamy się w rzeczywistości, w której wszystko jest ze sobą powiązane. Ten wątek płynnie prowadzi do epickiego wydarzenia z udziałem Celestianina, które angażuje znacznie szerszy wycinek uniwersum Marvela. Skala zagrożenia jest odczuwalna na każdym kroku, a mutanci muszą kombinować jak nigdy wcześniej, by w ogóle mieć szansę wyjść z tej sytuacji obronną ręką. Całość czyta się jeszcze lepiej dzięki temu, że każdy rozdział prowadzony jest z perspektywy innego mutanta. Zabieg ten nie tylko bawi się perspektywą, różnicuje klimat historii, pogłębia postacie, pozwala spojrzeć na wydarzenia z różnych punktów widzenia, ale przede wszystkim otwiera drzwi do ich traum. Próby Celestianina polegają na brutalnym wejściu w przeszłość bohaterów i rozliczeniu ich z dawnych decyzji, a uwierzcie, konfrontacja z życiem Emmy Frost czy historią miłości Mystique nie należy do przyjemnych doświadczeń.

Taki sposób prowadzenia narracji to genialny ruch ze strony twórców, bo skutecznie zaciera granice intencji poszczególnych postaci. Do tej pory, mimo intryg i manipulacji, historie były raczej zero-jedynkowe. Tutaj wszystko staje się znacznie bardziej złożone i to zdecydowanie z korzyścią dla Sinistra, którego dopiero teraz lepiej poznałem i… polubiłem? Magneto jest moim numerem jeden, jeśli chodzi o złe persony mutancie, a Sinister został zaraz za nim! Jest on rozpisany znakomicie: jego luźne, niemal komediowe podejście do sytuacji potrafi rozładować napięcie w najmniej spodziewanym momencie, ale jednocześnie jest niebezpiecznie zwodnicze. Łatwo przestać traktować go poważnie, a właśnie wtedy odpala swoje „petardy”, pokazując, na co naprawdę go stać i jak bezceremonialnie wykłada potężne działa zamykając pozostałym gęby na kłódkę. Są to momenty, które potrafią obrócić całą historię o 180 stopni, a przy okazji dostarczają kilku naprawdę przednich żartów, z których część na długo zapada w pamięć.

Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.