DC x AEW #2 (Opinia)
Zakończył się krótki, dwuczęściowy crossover „DC x AEW” i… rozczarowało mnie w cholerę.
Pomysł był fajny na problem, jak i zestawienia bohaterów. Tylko nic z tego nie wyciśnięto: duety bohaterów (i złoczyńców) to rzucanie na pojedynczych stronach losowych tekstów mających pokazać napiętą atmosferę, niekoniecznie wzajemny szacunek. Około 90% crossoveru jest przegadane, akcja jest tłem do tego stopnia, że nie bardzo jest czym się zachwycać, bo są to pojedyncze sceny – i prawie to samo można powiedzieć o finałowej walce, którą dobrze przekombinowano, aby sprawdzić na ring, tyle że całą walkę ograniczono do kilku ciosów z dość nieatrakcyjnych kątów (bardziej to wygląda na pokaz slajdów).
Wisienką na torcie jest wzajemne się klepanie po plecach. Wiecie, tak w imię „dobrej roboty”. Tylko słabo to się klei w ramach historii. No i jest jeden, WIELKI MOMENT, czyli Sting stający naprzeciwko Batmana. No przyznaję, niezły moment, rysownik wyciągnął tu wiele. Tylko szkoda, że moment prowadził do ślepy zaułek.
Nie miałem oczekiwań wobec crossoveru. Pierwszy numer był „ok”, miałem po nim jakieś oczekiwania. Ale po wszystkim rozczarowałem się i nie mogę polecić tego wydarzenia, nawet fanom wrestlingu.

