Absolute Flash #15 (Opis, opinia)

„Absolute Flash” rozkręcało się ślimaczym tempem, ale jak już to zrobiło to jest konkrecik!

TEKST MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY

Punktem wyjściowym do bardziej angażującej historii jest zaginięcie ojca Wally’ego, który (podobno) przebywa w Still Point. Miejscu, do którego Wally może próbować się dostać, ale jest ALE!

Miejsce kryje tajemnice. Bardzo mroczną, wręcz niszczycielską. Do tej pory świadczyły o tym przebłyski, ale w #15 dostaliśmy zarys konkretniejszego zagrożenia, o których Wally’ego poinformowało jego przyszłe „ja”. Wszystko wskazuje na to, że niebezpiecznym zagrożeniem jest wariacja Black Flasha.

Pomysł nie jest oryginalny, ale dobrze podany, żeby w ramach historii działał. Aura tajemniczości skutecznie buduje zagrożenie ze strony Black Flasha, a jego wizualizacji budziła niepokój, strach, wręcz flaki skręcało w brzuchu. To pierwsza chwila od dawien dawna, kiedy ze strony Black Flasha można poczuć „to coś”.

Zdecydowanie tędy lepsza droga, niż w „Supermanie”, w którym klasyczne motywy są… zbyt klasyczne, aby seria miała własny charakter. We Flashu efekt jest zbliżony do „Absolute Batman” czy „Absolute Wonder Woman”, choć poziom jeszcze nie zrównał się z tymi seriami, ale jest potencjał, żeby w przyszłości zmieniło się to!