Wejście Slade’a w „Arrow” (Opinia z połowy 2. sezonu)

Dotarłem do połowy drugiego sezonu „Arrow” w odświeżaniu swoich wspomnień i kurde… wejście Slade’a to peak tego sezonu!

Twórcy z ekipą stworzyli genialną podbudowę retrospekcjami przed „debiutem” Slade’a w teraźniejszości, żeby jego pojawienie się trzymało za jaja i tak mocno ściskało, że trudno usiedzieć w miejscu: czuje się postacie, rozumie co w nich siedzi, wydarzenia na wyspie tak sie potoczyły, że nie ma „czystych” postaci – każde ma coś za uszami, ciężko dopingować właściwych bohaterów. Jego konfrontacja z rodziną Olivera to moment, przy którym wstrzymuje się oddech ilekroć dochodzi do wymiany zdań Slade-Oliver i tylko się czeka, aż któryś wykona pierwszy ruch.

Trybiki przegrzewały się, kiedy do akcji włączyła się reszta Team Arrow. W tej chwili najmocniej czuło się gęstość atmosfery, zagrożenie, słabe położenie ekipy i epickość Slade’a. Czarny charakter z prawdziwego zdarzenia, który ma tak solidne motywacje, że to jemu chce się kibicować w tym konflikcie (nie zapominajmy o prezencji, w której idzie się zakochać).

Manu tak wpasował się aparycją w tę postać, że nie wyobrażam sobie nikogo innego. Perfekcyjny sylwetką, idealny w akcji, no i ten głos… nogi robią się miękkie, kiedy słychać ten twardy głos, a jego „kid” do Olivera ma potężny ładunek.