Absolute Green Arrow #1 (Opinia)
Premierowy „Absolute Green Arrow” to tak mocny i obiecujący start jak było z „Absolute Batman”!
Dzięki ATOM Comics mogłem nadrobić zaległości i kurcze… żałuję, że tyle z tym zwlekałem, bo „Absolute Green Arrow” zapowiada się na tą ostrą jazdę bo bandzie, którą obiecywano wraz ze startem Absolute Universe (a głównie oferowaną przez „Absolute Batman”, niestety).
Historia zaczyna się z grubej rury. Dostajemy spanikowanego biznesmana, którego ochroniarz dostaje headeshot z zielonej starzały, a potem sam staje się ofiarą tajemniczego łucznika. Spanikowany Hector zatrudnia doświadczoną w boju Dinah Lance, naszego Kanarka, do ochrony i szybko jej umiejętności zostają sprawdzone – zamaskowany Łucznik znowu atakuje i nie ma sobie równych!
Choć pierwszy zeszyt oferuje tylko dwa momenty akcji to są one tak soczyste, mroczne i brutalne, że w ciemno zamawiam resztę! Tajemniczy Łucznik nie pierdoli się w tańcu, odstrzeliwuje cele jak w pierwszym sezonie „Arrow”, poziom brutalności jest na najwyższym poziomie – Albuquerque i Maiolo nie boją się odważnych scen, przy których tak operują perspektywą i kolorami, że nawet z tortur potrafią zrobić dzieło sztuki! A jeśli komuś mało wrażeń, przez moment wątpi w zdolności Łucznika… to odpina on blokady i zmienia łuk na maczety, którymi kroi ręce celów!
Nawet słabą stroną komiksu nie jest duża ilość ekspozycji, bo spełnia ona swoją rolę – wykłada najważniejsze informacje o sytuacji z elitami w Absolute Universe, żeby ogarnąć najważniejsze fakty bez oglądania się na inne tytuły; przybliża losy bohaterów, dzięki czemu nie tylko lepiej ich poznajemy, ale rośnie zagadka wokół tożsamości tajemniczego łucznika – zbyt oczywiste, żeby był to Oliver, stawiam mieszkanie sąsiada na ojca, matkę lub Connora!
[WSPÓŁPRACA] Dziękuję ATOM Comics za komiks. Sklep nie miał wpływu na opinię i tekst.

