Spider-Man: Całkiem Nowy dzień (Opinia bezspoilerowa – Kinga)

Czwarty rozdział MCU z Tomem Hollandem to powrót, na który fani Człowieka-Pająka czekali z zapartym tchem. W tym ja, mocno zaciekawiona dalszymi losami Petera po miejscu, w którym zostawił go „No Way Home”. I tak, już teraz mogę napisać, że „Spider-Man: Całkiem nowy dzień” spełnił moje oczekiwania!

Największym zwycięstwem tego filmu jest porzucenie kosmicznych zagrożeń na rzecz powrotu do korzeni. Peter znowu jest „sąsiedzkim bohaterem” z krwi i kości. Początek seansu genialnie kreśli jego rutynę: nadwyrężanie sił, śledzenie policyjnych raportów i brudne starcia z klasycznymi, ulicznymi przestępcami, takimi jak Boomerang czy Tombstone. Dopiero z czasem akcja przechodzi w stronę głównego, niezwykle osobistego zagrożenia ukrytego w mutujących mocach. Bardzo fajnie działa tu śledzenie raportów policyjnych, nawiązanie z nimi kontaktu. Przypomina to stare komiksy, ale i bardzo dużo daje to na budowanie postaci Pajączka.

To, co jednak autentycznie wbijało mnie w fotel, to psychologiczna głębia i potężnie zarezerwowany czas na ukazanie samotności Petera. Obserwowanie jego traumy z dala od akcji oraz tego, jak ukradkiem przygląda się rozwijającemu się życiu dawnych przyjaciół, tworzy ogromny ciężar gatunkowy. Kiedy w końcu ten wątek przełamuje się w prawdziwe wyciskacze łez, na ekranie widzimy dojrzałą tragedię. okazywanie tego, co z jednej strony zbliża go do dawnych bliskich, a z drugiej bezlitośnie ich dzieli. To zdecydowanie jedna z najbardziej przejmujących i najlepszych kreacji Hollanda.

Do tego dochodzi ogromna samodzielność Petera. Chłopak stawia na własne rozwiązania i wykazuje się dużą dojrzałością, a po wsparcie Hulka czy policji sięga dopiero w absolutnej ostateczności. Technologiczne patenty są z kolei pięknym hołdem złożonym Starkowi. Gdybym miała się tu przyczepić na siłę, to chyba tylko do braku wyjaśnienia, z czego Peter właściwie opłaca czynsz i utrzymanie.

Prawdziwym motorem napędowym filmu jest jednak relacja Petera z Punisherem. Tom Holland i Jon Bernthal mają na ekranie elektryzującą, wręcz hipnotyzującą chemię. Obydwaj kapitalnie bawią się formą, serwując idealnie wymierzony humor sytuacyjny, ale przede wszystkim budują autentyczną, głęboką relację przyjacielską, która realnie zmienia ich obu. Peter nie boi się wypowiedzieć szczerze prostego „proszę”, z kolei Castle powoli otwiera się na ludzi. To pierwszy projekt od lat, w którym postać Punishera w końcu w przekonujący sposób ruszyła z miejsca. Zostają w gościnnych występach… Słowa uznania należą się również Sadie Sink, jej rola przez długi czas owiana była tajemnicą, ale jej występ to absolutna ekstraklasa. Aktorka z niesamowitym wyczuciem i operowaniem emocjami sprawiła, że tragedia jej postaci wybrzmiewa z porażającą siłą. Równie dobrze odbieram występ Marka Rufflo, który nie dostał za wiele czasu ekranowego, ale sensownie wpleciono Hulka do historii i kreatywnie wykorzystano jego obecność (przede wszystkim z furtką do dalszej eksploracji Hulka w ramach MCU).

Reżyseria Destina Daniela Crettona zasługuje na stojące owacje za sceny akcji. Reżyser porzucił sterylny festiwal cyfrowego CGI na rzecz brutalnych, dynamicznych starć wręcz. Oglądając te pojedynki, miałam wręcz poczucie, jakbym patrzyła na żywy przekład mechanik z kultowych gier od Insomniac i Sony. Konkretne ruchy przełożone 1:1 na ekran, korzystanie z gadżetów, specyficzne technologie wrogów i wyczuwalny „system rozwoju” bohatera dają niesamowitą frajdę. Takie sekwencje dostarczyły mnóstwa wrażeń, a ja jestem łasa na dobrą akcję w kinie.

Pierwsza część filmu serwuje nam całą masę złoczyńców w sekwencjach będących wiernym odwzorowaniem kultowych okładek komiksowych. O ile dla stałych czytelników to uroczy easter egg, o tyle jako widz czułam spore rozczarowanie. Tak ogromna galeria potężnych i fascynujących wrogów została sprowadzona do zaledwie kilkusekundowych migawek. Co gorsza, w tych epizodycznych rolach obsadzono naprawdę rozpoznawalnych aktorów, przez co niedosyt i poczucie zmarnowanego potencjału stają się jeszcze mocniejsze.

Dziękujemy Multikino za zaproszenie. Multikino nie miało wpływu na opinię i tekst.

Tekst pierwotnie opublikowany na Serialomaniak.com