Lew, Czarownica i stara szafa. Opowieści z Narnii. Tom 1 (barwione brzegi) – Opinia

„Opowieści z Narni” mają specjalne miejsce w moim sercu. Powodem jest aktorski film, który widziałem za dzieciaka i… do którego regularnie powracałem. Tylko nie znałem książkowego pierwowzoru! Dopiero teraz nadrobiłem zaległości i to nie z byle powodu.

A powodem jest nowe, ilustrowane wydanie Lew, Czarownica i stara szafa. Opowieści z Narnii. Tom 1 (barwione brzegi), któremu miałem okazję przyjrzeć się dzięki sklepowi Tantis (dziękuję!). Oszalałem na punkcie tego wydania za sprawą jego oprawy, która… no właśnie! Wygląda po prostu pięknie! Styl ilustracji Pauline Baynes w połączeniu ze złotą oprawą na twardej okładce nadaje książce starobaśniowego klimatu, który idealnie pasuje do opowieści, a jednocześnie czyni z książki „dla dzieci” produkt prawie że ekskluzywny na półce (na pewno przykuwający wzrok!). Szczególny efekt robi obfite użycie złotego elementu na okładce płynnie wkomponowanego w ilustrację, wykorzystanego też do drzew czy promieni światła lampy, co daje efekt „wow” za sprawą odblasku (no i czyni magię, dosłownie). Mało tego, wydanie ma barwione brzegi odwzorowujące śnieżny las, co współgra z okładką i motywem wyjściowym Narni – prawie płynne przejście między przodem, a tyłem („prawie” to słowo klucz).


Na tym nie koniec! Zawartość książki podtrzymuje pierwsze dobre wrażenie. Ilustracje Baynes co chwila zdobią książkę i odwzorowują dany moment historii, a do tego imponują ilością detali i przeniesieniem specyficznego klimatu serii na papier w tak małych ilustracjach (szczególnie rozpływałem się nad zwierzęcymi, które po prostu były słodkie). Ilustracje potrafiły się też dostosować do „momentu”: przeważa baśniowy charakter, ale ilustratorka umiała zrobić obrót o 180 stopni i zmienić go na ostrzejszy, kiedy akcja tego wymagała (zwłaszcza pod koniec historii, kiedy… a zresztą, nie będę Wam spoilerował). Wisienką na torcie jest krój czcionki: pochylona, ze specjalnymi zakończeniami przy nazwach rozdziałów, uzupełnia staroświecki styl, a zachowanie dużych liter i odpowiednich odstępów ułatwia czytanie (nawet bez okularów!). Zwróćcie też uwagę na papier, który jest bardziej szorstki (i ma ten potrzebny, specyficzny zapach), żeby sprawić wrażenie kompletnego, starszego wydania (coś na wzór księgi).

Sama książka to klasyka fantastyki, która dobrze się starzeje z pewnym „ale”. Powód jest oczywisty: z jednej strony to fantastyczny świat, który można interpretować na wiele sposobów, a z drugiej świat, w którym łatwo się odnaleźć, bo Lewis sięga po elementy bliskie każdemu z nas i na nich buduje to, co twórcze. Mamy „zwykłe” zwierzęta z ludzkimi cechami, jedzenie i ubiór, które spotkamy w naszym świecie na każdym kroku, a obok nich bardziej fantastyczne elementy jak minotaury czy wiedźmy (ale bez opisów, żeby każdy mógł uruchomić swoją wyobraźnię). Na dodatek trudno nie zachwycić się tym światem, kiedy opisy są tak zwięzłe, a zarazem nie tyle oddają wygląd w detalach, ile atrakcyjnie podkreślają jego piękno, że łatwo na moment się zatrzymać i zachwycać widokami w głowie. No i nie zapominajmy, że historia jest zwięzła, dlatego trudno narzekać na nudę, bo właściwie przechodzimy od akcji do akcji (ciągle coś się dzieje), a do tego jest to świat, w którym wszystko jest tłumaczone, reguły nie są skomplikowane, a jednocześnie podawane z nutką tajemnicy, żeby podkręcić zainteresowanie i sensownym wykorzystywaniem odniesień popkulturowych, fantastycznych czy religijnych (dorosły wyłapie odpowiednie odniesienie, a to sprawi, że z innego punktu spojrzy się na pewne motywy czy symbolikę).


Ale… pamiętajmy, że jest to jednak książka dla młodzieży. Nawet zaryzykuję, że dla dzieci… Bardzo to odczuwałem z moją trzydziestką na karku, ponieważ styl pisania jest bardzo prosty (wręcz… dziecinny), a do tego dużo tu powtórzeń, formalności i łopatologicznych wyjaśnień, żeby nic nikomu nie umknęło (no i bezpośrednich zwrotów, które narzucają, co powinno się czuć lub myśleć w danym momencie, a to bardzo irytujące). Kierowanie historii do młodszych ma dodatkową wadę, jaką jest uproszczenie świata i całej akcji. Szczególnie odczułem to w pierwszych 100 stronach (czyli połowie książki), gdzie wydarzyło się bardzo mało, ale… jednocześnie sprawiało to wrażenie, że bardzo dużo (coś się dzieje, ale nic specjalnego, po czym okazuje się, że doszliśmy do zwrotnego punktu fabuły i miałem nagle „ale zaraz, kiedy, co i jak?”). To też moment, w którym czuć uproszczenia: bohaterowie są w świecie, zachwycają się nim, ale prawie go nie poznają i nic o nim nie wiedzą, a stawiani są przed decyzjami na zasadzie „bo tak” (mieszkańcy Narni stwierdzają fakty na podstawie czyjegoś wyglądu, bohaterowie przyjmują pewne punkty widzenia, opierając się na czyichś opiniach). Lepiej jest w drugiej połowie, bo wtedy wydarzenia nabierają tempa, a na pierwszy plan wychodzą postacie będące filarami krainy i zupełnie inaczej odbiera się pewne wydarzenia (nawet to, że to oni kierują „pionkami”).

Dziękuję Tantis za książkę. Sklep nie miał wpływu na opinię i tekst.