Pionek (Opinia bezspoilerowa)

„Pionek” jest przykładem serialu, którego drugi sezon radzi sobie jeszcze lepiej od pierwszego (czyli od „Śleboda”). Wszedłem w niego na całego, a sposób prowadzenia głównej historii rozłożył mnie na łopatki (serio!).

Tytułowy przestępca ma po wielu latach wyjść z więzienia po brutalnych morderstwach. Tylko… ktoś zaczyna naśladować jego zbrodnie, co rodzi wiele pytań, na które próbują odpowiedzieć główni bohaterowie z poprzedniego sezonu. No i jak to w kryminałach bywa… otwarcie spraw sprzed lat pokazuje drugie dno, obnaża zainteresowanych z ich grzechów i robi się niebezpiecznie.

fot. SkyShowtime

I właśnie te pytania były najmocniejszym punktem sezonu. Pozornie proste śledztwo, w ogólnym opisie brzmiące jak wiele innych kryminałów (i pewnie wiele kolejnych, bo to popularny schemat budowania historii), szybko się skomplikowało i poszło w mroczne zakamarki ludzkich zachowań, pokazując, do czego są zdolni ludzie o słabych charakterach i złych ideałach. Oczywiście bezspoilerowo, ale kiedy zostaje ujawniony motyw naśladowcy, można się zaskoczyć (choć nie ukrywajmy, że motyw ten zostaje tak wcześnie podsunięty pod nos, że z lekkim niedowierzaniem patrzy się na nieogar śledczych w łączeniu faktów). To ten kaliber serialu, w którym historia jest mocno przekręcona i nawet jeśli z góry można przewidzieć, gdzie kryją się szczegóły, poszlaki czy odpowiedzi, droga do nich jest długa i wyboista. Tu wchodzi śledztwo prowadzone sprawnym, angażującym tempem, oparte na odkopywaniu akt z przeszłości, które pokazują dziury systemu i skomplikowane nitki powiązań (sensownie poukładane nitki powiązań, dla mnie rzadkość!). Jestem przekonany, że większość widzów już po dwóch odcinkach nabierze pewnych podejrzeń, ale serial tak sprawnie manewruje między postaciami, wątkami i dowodami, że trudno się obejrzeć, kiedy intuicja idzie w innym kierunku, a finał jest satysfakcjonującym odkryciem kart – wielka w tym zasługa tytułowego Pionka, którego mała ilość na ekranie (chce się go więcej, genialna kreacja!) stopniuje napięcie, a każde razowe wejście na ekran otwiera ciąg kolejnych pytań odpowiedziami (rodowy thriller!).

Główne śledztwo bardzo zyskuje na osobistym tonem. W wydarzenia są osadzeni zarówno dawni śledczy, jak i rodziny ofiar, które aktywnie uczestniczą w rozwiązywaniu sprawy, a śmiałość Bastiana wywołuje ich do tablicy, co rodzi wiele dramatów – siłą rzeczy poruszały mnie podczas oglądania i nie potrafiłem przejść obojętnie obok losów rodziny Engel, która doświadczyła najwięcej zła i ma dużo na sumieniu, a mimo to tak się z nią zżyłem, polubiłem, zrozumiałem ich motywacje, że chciałem usprawiedliwiać ich decyzje (nawet kiedy rozwój wydarzeń jest dla niej bardzo niekorzystny). Dlatego nawet lepiej oglądało mi się serial, kiedy śledztwo zwalniało i mogłem dłużej pobyć z postaciami, bo ciążyły na nich duże sprawy, ale było w tym dużo prostych, rodzinnych chwil nadające zupełnie innego tonu (lekkiego, optymistycznego, serdecznego) stwarzające bardzo ludzki obraz.

fot. SkyShowtime

Na swój sposób to historia o drugiej szansie i straconym życiu, która przejmująco wybrzmiewa w trakcie sezonu, bo bardzo głęboko wchodzimy w rodzinne sytuacje, spędzamy dużo czasu z postaciami i na tyle się ich poznaje, że emocje się udzielają. To też sezon, w którym wyraźnie widać rozwój bohaterów (lepiej niż w „Ślebodzie”): Karolina Engel otwiera się przed Bastianem, a sam Bastian dużo zyskuje pod jej wpływem, bo uczucie z prawdziwego zdarzenia odsuwa na bok jego irytujące cechy (za które nienawidziłem go w poprzednim sezonie), zaczyna stawiać na właściwe wartości i postępować bardziej racjonalnie, przez co zyskuje sympatię (ale nadal potrafi dowalić do pieca w najmniej odpowiednich momentach!). To zbliżenie z czasem przerodziło ciężki klimat serialu w coś pogodnego i optymistycznego (wspominałem o tym przed chwilą)O, dając ciepło na sercu i realną zmianę dla wszystkich postaci (zarazem to sprawnie postawiona bomba tykająca, która okazała się dla mnie bolesna emocjonalnie… więcej nie piszę!). Pięknie wybrzmiewa przemiana w ostatnim odcinku, kiedy po kulminacji pokazywane są dalsze losy bohaterów, a Bastian postępuje dojrzale jak nigdy wcześniej, kieruje się nowymi wartościami i potrafi rezygnować z jednych rzeczy na rzecz drugich.

A skoro o kulminacji mowa… prawda dosłownie zwala z nóg, bo pokazuje, gdzie leży prawdziwa ofiara i ile można stracić w wyniku czyichś aspiracji i niedociągnięć (łatwo popaść w depresyjny nastrój, jeśli nad sensem motywów pochyli się dłużej). To właśnie ten moment, w którym najmocniej porwał mnie występ Pauliny Gałązki, Macieja Musiała i Łukasza Simlata (najmocniejsze trio tego sezonu!), bo bardzo przekonująco oddali wielowarstwowość swoich postaci i skrajność ich emocji (czy to pełen dramat na twarzy, czy euforia, wybrzmiewało razy tysiąc, a między Maciejem i Pauliną była prawdziwa chemia, która przekonująco oddała ich uczucie). Łukasz Simlat pokazał pełen mistrzowski warsztat: jako Norman Pionek zmienia sposób mówienia i wygląd, dodaje nerwowy tik, a w krótkich scenach więziennych daje „elektryzujące” rozmowy i niepokojący dyskomfort, tworząc zniszczonego człowieka z wielkim poczuciem winy, którego historia nie jest lekka wraz z poznawaniem detali.

Oczywiście nie zapomniałem o Weronice Książkiewicz, która świetnie odnalazła się w skórze zdeterminowanej komisarz Dagmary Kocur: ostrej, ciętej, o twardym śląskim charakterze i profesjonalnej „dobrej glinie”, która po prostu kradnie sceny. Dodatkowy szacunek za grę z brzuchem zaawansowanej ciąży (to było nie lada wyzwanie fizyczne, patrząc na jej ciągły bieg i ilość czasu ekranowego… no i świetna charakteryzacja, którą można było podejrzeć w materiałach zakulisowych!).

Nie jestem natomiast zadowolony ze sposobu prowadzenia Anki w tym sezonie. O ile Maria Dębska znowu daje popis w tej roli (niezwykle rozumie swoją postać) i nie tyle ją gra na ekranie, co po prostu nią jest, tak sama Anka dość dziwnie odbija się między postaciami i rejonami tej historii: nie widać iskierki jako nauczycielki, a jej relacja miłosna jest kompletnie „nieuzasadniona”. Właściwie mam problem z nazwaniem tego relacją miłosną, bo jakakolwiek bliskość i budowanie więzi sprowadzają się do jednej czynności (tak, TEJ CZYNNOŚCI), a pomiędzy TYMI sekwencjami postacie właściwie ze sobą nie rozmawiają i się nie poznają. Za to w kryzysowych sytuacjach należy odłożyć na bok realia i uwierzyć, że… są ze sobą bardzo blisko? Kompletnie mi się to nie kleiło. Do tego w sprawę Pionka Anka wnika dość bezemocjonalnie, żeby jej personalny udział miał elektryzować. Widać tu też ubytki w historii, kiedy jakiś motyw jest nakreślany, a potem całkowicie zlewany np. w jej relacji miłosnej jest pewien element, na który Anka się nie godzi, i właściwie… nic dalej z tego nie wynika ani nie jest rozwijane, co lekko zaskakuje, a takich pojedynczych momentów jest więcej….

Nie do końca byłem też przekonany do miejsca akcji. Katowice to piękna lokalizacja, której właściwie nie poświęcono ani trochę uwagi, tak jak miało to miejsce w „Ślebodzie”? Nie pokazano piękna pleneru, uroku miejsc czy nie wykorzystano fabularnie umiejscowienie akcji (nie miałbym z tym problemu, gdyby „Śleboda” na to nie stawiała). No i nienajlepiej słuchało się śląskiej gwary, która w zdecydowanej większości sprowadzała się do pogrubienia tonu głosu, co nie brzmiało naturalnie (miejscami komicznie jak u Piotra Roguckiego).

Dziękujemy SkyShowtime za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.

Tekst pierwotnie opublikowany na Serialomaniak.com