Universal Monsters: Niewidzialny człowiek (Opinia)

Moim corocznym obowiązkiem jest wypełnianie wolnego czasu horrorami w każdej możliwej formie w okresie halloweenowym. W moją tradycję wpisało się wydawnictwo Lost in Time wydając „Niewidzialnego człowieka„. I to jeszcze w scenariuszu Jamesa Tyniona IV, z którego twórczością polubiłem się od przygód Batmana!

Wbrew moim oczekiwaniom „Niewidzialny człowiek” to głęboka psychoanaliza naukowca, który popada w obłęd swoich ambicji i eksperymentuje ze specyfikami wpływającymi na niewidzialność obiektów badań (od niepozornych myszy po ludzi!). Siłą historii jest uchwycenie obłędu naukowca, który wraz z progresem badań popada w szaleństwo z dodatkowym impetem w postaci jego przemyśleń i tego, jak zmienia się jego perspektywa, zarówno pod kątem efektów badań, jak i wpływu społeczeństwa. Na pewnym etapie zaciera się wręcz granica człowieczeństwa, a finalny rezultat stawia przed pytaniami, na które chce się poznać odpowiedzi i część z nich szokuje, inna część zostawia w konsternacji.

fot. Serialomaniak

Sam tytuł można oceniać dwutorowo: dosłownie, pod kątem prowadzonego eksperymentu, ale i symbolicznie, ponieważ cały czas siedzimy w głowie głównego bohatera, poznajemy jego myśli, a te są… wręcz toksyczną oceną tego, jak postrzega go narzeczona, szef czy rówieśnicy. Myśli są na tyle ludzkie i dobrze opisane, że momentami samemu można się pogubić w ocenie: czy bohatera należy krytykować za jego ambicje, czy wręcz współczuć mu, bo jest ofiarą własnego życia i niewidzialnym dla wszystkich? Na pewno to lektura z przekazem trafiającym w sedno, skłaniająca do rozterek – dawno nie miałem takich przemyśleń podczas czytania i nie spodziewałem się, że takie filozoficzne podejście znajdę w horrorze.

Właśnie… w horrorze! Komiks zaczyna się konkretną rąbanką, co lekko daje niespełnione obietnice w dalszej części, bo… w trakcie lektury próżno szukać kolejnych ofiar… Owszem, nie brakuje mocnych sekwencji, ale te zazwyczaj siedzą w głowie głównego bohatera i brutalność nie wychodzi poza ramy jego wyobraźni. Nie do końca było to rozwiązanie, które mi siadło, ponieważ traci na tym brutalność historii czy szok wynikający z takich zrywów fabularnych (monotonny schemat po dwóch razach). Ale z drugiej strony takim rozwiązaniem twórca mógł pozwolić sobie na więcej, a każdorazowo akcja mocniej oddawała stan bohatera i to, co dzieje się w jego głowie (i przez to sedno historii działało z konkretnym uderzeniem). Dosłownie mowa tu o rozwoju postaci od poukładanego naukowca do szalonego naukowca (którego jednocześnie chce się lubić ze względu na jego samodzielność, siłę, wiedzę i doświadczenie, a nawet od pewnego momentu kibicować, mimo że się nie powinno).

fot. Serialomaniak

Rysunki są bardzo specyficzne: niedokładna kreska w rysowaniu postaci i duża oszczędność w przedstawianiu świata, do tego miejscami niestaranna np. pokazywanie roślinności za pomocą kilku „bazgrołów” i jednolitego koloru (no nie wyglądało to dobrze na pierwszy rzut oka…). Może ocena stylu zabrzmiała negatywnie, ale zupełnie tak nie odbieram efekt finalny. Styl idealnie wpisał się w ponurą, mroczną historię, która żyła niedomówieniami (potęgowanymi pustką plansz) oraz wykrzywiającymi się emocjami (artystka nadrabiała tym niedoskonałości, ponieważ przykładała więcej uwagi do dynamiki na twarzach postaci, a te wybrzmiewały bardzo dokładnie). Wręcz chce się zaryzykować stwierdzeniem, że te pustki to sprytny zabieg narracyjny, który potęgował napięcie chwili, a nadużywanie czerni i przerysowanych konturów podkręcało mroczną atmosferę i dawało momentom „tego czegoś”.

Dziękuję Lost in Time za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.

Pierwotnie tekst opublikowany na Serialomaniak.com