Diabelskie rządy (Opinia)
„Diabelskie rządy„? Fajny pomysł, realizacja przeciętna.
„Diabelskie rządy” to kulminacja nastrojów w Hell’s Kitchen opisanych w „Daredevilu” Zdarsky’ego. Kingpin, po uzyskaniu pewnych informacji, postanawia ukrócić samowolkę superbohaterów, zmuszając ich do legalnego działania. W tym celu wykorzystuje swoją pozycję polityczną oraz „nowe moce”. Superbohaterom to nie leży, więc mówią stanowcze „nie”. Brzmi to jak „Wojna Domowa”? Coś w tym jest.
Historia stanowi przemyślaną kulminację wątków, które Zdarsky sumiennie prowadził na łamach swojego „Daredevila”. Szczególnie czuć to na linii Daredevil-Kingpin-Elektra, ponieważ postacie mają ze sobą największe zatargi i teraz mają okazję, aby się rozliczyć i pójść dalej. Pod kątem akcji jest to przyzwoity komiks, bo ciągle coś się tu dzieje. Jest mnóstwo walk i postaci biorących w nich udział, które mają chwilę, aby się wykazać. Co prawda nie ma tu zaskakujących momentów, ale czysto rozrywkowo jest to komiks, przez który szybko przechodzi się do bardziej apetycznych momentów w życiu bohaterów. Jednak jest tu sporo „ale”, które mogę zarzucić. Ograniczę się jednak do dwóch.
Komiks wyróżniał się na tle innych pozycji z oferty Marvela dzięki atrakcyjnemu tłu wydarzeń. Pojawia się m.in. wątek polityczny, w którym superbohaterowie chcą odebrać Kingpinowi stołek burmistrza, co ograniczyłoby jego wpływy. Kolejnymi ciekawymi elementami były nowe zdolności Kingpina, dzięki którym mógł wywierać presję na superbohaterach i ludziach przy podejmowaniu pomniejszych decyzji. Na uwagę zasługiwali też współpracownicy Kingpina, jak Octopus, który od początku prowadził własną grę, rekrutował ludzi i poszerzał swoje wpływy, mając w rękach dość niebezpieczne rozwiązania. Niestety jest to tło, któremu Zdarsky nie poświęca zbyt wiele uwagi. Podobnie jak w „Batmanie” skupia się na akcji, zamiast sumiennie rozpisywać wątki oferujące „coś więcej”, przez co w wielu momentach można się rozczarować np. o całym wątku politycznym, w tym o przebiegu kampanii wyborczej Kingpina i Cage’a, dowiadujemy się od innych bohaterów, a nie od ludzi czy z telewizji.
Kolejny zarzut to zbyt duże podobieństwo do „Wojny Domowej”. Choć „Diabelskie rządy” mają zupełnie inny punkt wyjścia i główną myśl, to wszystko sprowadza się do walki superbohaterów wyjętych spod prawa z łotrami po stronie prawa. A żeby podobieństw było mało, znajdziemy ich jeszcze więcej np. zachowanie części superbohaterów w więzieniu czy ponowne skopanie Spider-Mana do nieprzytomności z koniecznością ratowania go przez innych. Szkoda, że Zdarsky podszedł do tematu dość leniwie i odjął swojemu eventowi unikalności.
Nie mam żadnych zastrzeżeń do pracy rysownika. Checchetto w wielu miejscach ratował scenariusz, dostarczając energiczne ilustracje, dopracowane pod kątem anatomii bohaterów, oddawania emocji, dynamiki ruchu czy bogactwa tła. Mroczniejszy ton i pokazywanie mocniejszych scen tylko podnosiły poziom wrażeń.
Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.

