TO: Witajcie w Derry (Wydanie DVD)

Powrót do przeklętego Derry i uniwersum Stephena Kinga zawsze wiąże się z ogromnym ryzykiem. Poprzeczka po filmach kinowych zawisła w kosmosie, więc apetyt na ten serialowy prequel miałam ogromny. Po seansie i przeanalizowaniu wydania fizycznego muszę uczciwie przyznać: to kawał potężnego, bezkompromisowego horroru, który potrafi mocno sponiewierać psychicznie, nawet jeśli twórcy nie ustrzegli się kilku fabularnych potknięć.

Oglądając „TO: Witajcie w Derry” na DVD byłam pod dużym wrażeniem tego, jak wyciśnięto maksimum z formatu DVD. Jakość obrazu jest zaskakująco wysoka, a kompresja ciemnych scen – kluczowych dla tego tytułu – została opanowana perfekcyjnie. Stylizowana kolorystyka zachowuje głębię cieni i filmową plastykę. Prawdziwym potworem (w pozytywnym sensie) jest tutaj jednak ścieżka dźwiękowa Dolby Digital 5.1. Agresywny, niesamowicie przestrzenny miks sprawia, że niepokojące odgłosy dynamicznie krążą między głośnikami, a głębokie basy potęgują uczucie lęku i osaczenia. Dialogi przy tym wszystkim pozostają czyste i wyraźne.

Nie jestem przekonana do dodatków specjalnych. Mini-reportaże o kulisach powstawania Pennywise’a są świetnym urozmaiceniem, ale pozostawiają ogromny niedosyt. Są zdecydowanie za krótkie i brakuje tu mięsistych komentarzy audio od reżysera czy showrunnerów. No i zostaje polskie wydanie… Największy minus wędruje za całkowity brak ścieżki z lektorem. O ile ja preferuję napisy, o tyle odcięcie części widzów od wyboru to spory zgrzyt.

Sam serial trafił w mój gust. To, co w nowej produkcji zachwyca od pierwszych minut, to absolutny brak taryfy ulgowej. Twórcy zaserwowali nam rasowy slow-burn. Zamiast epatować potworem od samego początku, z chirurgiczną precyzją budują gęsty, lepki klimat lat 60. i rozbudowują mitologię Derry z ogromnym szacunkiem do literackiego pierwowzoru. Świadomość, że żaden z bohaterów nie ma zapewnionego przetrwania, potężnie podkręcała napięcie. A kiedy serial już uderzał w tony grozy, to bez hamulców. Poziom gore i makabry autentycznie mnie zaskoczył: drastyczna, potworna scena z udziałem ciężarnej kobiety dosłownie wbiła mnie w fotel. Niektóre momenty musiałam po prostu rozchodzić po pokoju.

Aktorsko to jest absolutny majstersztyk. Bill Skarsgård jako Pennywise ponownie udowadnia, że urodził się do tej roli. Większy czas ekranowy pozwolił mu w pełni rozwinąć skrzydła, a pokazanie ludzkiej, tragicznej genezy demona w retrospekcjach nadało tej postaci niesamowitą, niespotykaną dotąd głębię. Na ekranie błyszczy też reszta obsady: zarówno dorośli, jak i dzieciaki. Chemia między młodymi bohaterami była tak autentyczna, że natychmiast kupiłam ich relacje, przez co dwa finałowe odcinki potężnie chwyciły mnie za gardło i autentycznie wzruszyły.

Idealnie nie jest i parę elementów mocno tu zgrzyta. Moim największym zarzutem jest wątek amerykańskiej armii. Wprowadzenie wojska zupełnie nie klei się z intymnym, lokalnym horrorem, niepotrzebnie eskalując go do skali globalnej. Działania wojskowych w finale były nielogiczne i grubymi nićmi szyte. Twórcy zostawili mnie też z urwanymi pytaniami – zabrakło mi jasnego wyjaśnienia, skąd właściwie bierze się ta słynna znieczulica mieszkańców Derry na otaczające ich zło. Wizualnie momentami kuleje cyfrowe CGI. Niektóre potwory wyglądają dość sztucznie. Wybaczam to jednak, bo twórcy na szczęście postawili na namacalną, genialną charakteryzację i fizyczne makiety. Dzięki temu te potknięcia komputerowe zyskują uroczy, nostalgiczny klimat retro, żywcem wyjęty z horrorów z lat 70. i 80.

Dziękujemy Galapagos za egzemplarz DVD. Dystrybutor nie miał wpływu na opinię i tekst.

Tekst jest również dostępny na naszym drugim portalu Serialomaniak.com