The Fury of Firestorm (Opinia po #1-3)
Nie myślałem, że kiedyś to napiszę, ale „The Fury of Firestorm” czyta mi się najlepiej z bieżących serii!
TEKST MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY
Jeff Lemire robi cuda ze scenariuszem. Firestorm w jego wydaniu jest nie tylko chodzącym terminatorem, który bez sapnięcia sprowadza cały oddział superbohaterów na ziemię (niesamowicie pokazał jego potencjał bojowy), ale jest wielowymiarową postacią, która przez pewien konflikt ma bardzo rozbudowany sens istnienia – koncept matrixa wyewoluował do bardzo ambitnego poziomu, który Lemire mógłby rozpisać pod kątem eventu, gdyby dostał na to okazję!
Siłą historii są bohaterowie, który nie są napisani zero jedynkowo. Tu każda połowa Firestorma ma swoje za uszami i nawet Stein, który do tej pory był nieskazitelny, to chytry staruszek, naukowiec, którego ambicja zwiodła i teraz wszyscy za to płacą. Tylko… nikt nie chce płacić, bo ich życia są na takim etapie, że mają wiele do stracenia, więc siła rzeczy wychodzi przejmujący dramat obyczajowy z niepodważalnymi punktami widzenia.
Głowę rozsadza ilość pytań po każdym zeszycie. Z jednej strony chce się otrzymać odpowiedzi czym prędzej, z drugiej strony nie, bo widać jak ta aura tajemniczości, zepsucie bohaterów, napędza wydarzenia – i tu najsilniej prezentuje się Firestorm, którego boskie oblicze z buźką pokrytą mrokiem przeraża do granic możliwości.

