Morfeusz (Opinia spoilerowa)
Lubię gangsterskie kino na małym ekranie. Mam kilka seriali, do których często wracam, traktując je jako idealnych przedstawicieli gatunku np. „Strefa Gangsterów” czy „Pingwin”. Nie mogłem przejść obojętnie koło polskiej nowości „Morfeusz” i… moja przygoda z tą produkcją była słodko-gorzka (bliżej w stronę „gorzka”). Dlaczego? Z jednej strony jest duszny, klimatyczny świat z genialnymi aktorskimi popisami, a z drugiej nie brakuje wad wpływających na wrażenia podczas oglądania…
Lądujemy w świecie adwokata Piotra Leyera, którego ojciec i brat to utwardzeni w boju gangsterzy. Kiedy brat ginie, Piotr zostaje wbrew własnej woli wciągnięty w rodzinny, brudny interes, żeby wyprawić mu godny pochówek. I jak łatwo się domyślić brutalnie wjeżdża w jego życie prywatne, zawodowe oraz rodzinne.
Największym plusem serialu jest bezapelacyjnie aktorska stara szkoła na drugim planie. Andrzej Grabowski w roli starego Leyera to absolutna petarda i jedna z jego najciekawszych ról od lat, a Andrzej Konopka jako szef rywalizującego gangu wnosi na ekran niesamowitą dawkę mrocznej charyzmy i napięcia. Panowie po prostu rozwalili system! Stary Leyer jako weteran, który mimo upływu lat wciąż trzęsie półświatkiem, oraz postać Konopki jako młody, spragniony krwi i wpływów mobster robiący błędy – aktorski majstersztyk kina gangsterskiego w ich wykonaniu. Panowie tak wysoko zawiesili poprzeczkę, że na ich tle reszta młodszej obsady (jak Sylwia Gola, Józefina Siwko, Ali Bahrudinow czy Magdalena Wieczorek) wypada niepokojąco bezemocjonalnie i płasko, mimo że scenariusz dawał im pole do popisu.
Kolejna mocna strona serialu leży w wizualny i realizacyjnym rozmachu. Nowoczesne zdjęcia Bartka Cierlicy w teledyskowym stylu oraz dopasowana muzyka Łukasza Targosza robią kapitalną robotę. Obraz żyje, kolory tętnią, a gra świateł tworzy ciasny, duszny i cholernie klimatyczny świat: od ciemnych klubów dla dorosłych i magazynów, po rozmowy na szczycie w bogatych biurowcach. Polskie realia gangsterskie są oddane w należycie, nie brakuje własnych rozwiązań nadających seriali własnego charakteru np. wejście na rynek farmaceutyczny, co jest rzadko spotykane. Wejście w klimat serialu przyszło mi z wielką łatwością, bo w tej aranżacji świat jest bliski, autentyczny, przede wszystkim przyziemny i bez zbędny udziwnień.
Sama historia zaczęła się „nieźle”. Wątek wojny gangów i siłowego przejmowania interesów początkowo wciąga bez reszty, a historia ma osobisty wraz ze śmiercią brata głównego bohatera, dzięki czemu wydźwięk napędzający ją miał emocjonalną stronę obserwując desperację, zawziętość bohaterów nie wymagającą tłumaczenia (wręcz jej obecność nadaje wszystkiemu autentyczności). Serial zaczyna się od potężnego uderzenia, gdy bohaterowie przyciśnięci do muru muszą kombinować i przelewać krew, łamiąc własny kodeks moralny. No i tu wyłania się kapitalne zestawienie Piotra (Kamil Szeptycki) i „Mora” (Mateusz Kmiecik) jako dwóch stron tej samej monety działa świetnie – przekonujący gangsterzy z krwi i kości, którzy pod twardą maską mają też ludzkie, wybuchowe emocje, gdy plany biorą w łeb, a aktorzy potrafią to sprzedać.
No i czas na oddanie kilku strzałów w produkcję zaczynając od scenariusza, który był podziurawiony, wymagający ode mnie zawieszenia wiary lub dopisywania wątków w głowie np. przemiana głównego bohatera jest tak gwałtowna, że aż niewiarygodna. Piotr w pierwszych odcinkach zarzeka się, jak to brzydzi się przemocą i trzyma swoich wartości, po czym dosłownie chwilę później, bez żadnej podbudowy psychologicznej, refleksji czy chociażby reakcji otoczenia, staje się twardym liderem grupy przestępczej. To przeskakiwanie ze skrajności w skrajność wywołuje potężny zgrzyt i nie broni na żadnym szczeblu, zwłaszcza że cały proces zachodzi nagle i zostaje drapać się po głowie „ale jak to? kiedy to się stało?” – a szkoda, bo sam aktor idealnie sprzedaje obie twarze Leyera, szczególnie po mrocznej stronie potrafił się odnaleźć i sprzedać to oblicze w 100% (idealna twarz do grania „złego”).
Do tego dochodzi cała masa scenariuszowych nielogiczności i pójścia na łatwiznę. Dziwne zachowania policji, bezmyślność mobsterów czy absurdalny motyw potężnego gangu, który nagle ma śmieszne problemy finansowe (a właściwie… kiedy ich nie miał – od początku coś tu nie gra, a poza przepychankami brakuje to struktury, działania i rezultatów). Kolejne odcinki głębiej wchodziły w ten świat i to zwiększało rozczarowanie, bo słabło natężenie gangsterskie – zero twarzy, struktury, działań – właściwie wszystko sprowadzało się do klubu nocnego i „towaru”, który ledwo było widać. Aby tego było mało to w jednej scenie Piotr krzyczy, że nie odpuści i idzie na wojnę, by odzyskać ciało brata, a sekwencję później po prostu postanawia je wykupić. Zero pokazywania zmiany strategii, zero wyjaśnienia, skąd nagle zdobył na to kasę. Widz musi się wszystkiego domyślać z pojedynczych, źle pociętych scen nie dających oczywistych odpowiedzi. Na koniec denerwowały mnie gatunkowe klisze rodem z taniego kina lat 90. i przegadane dialogi. Jak na serial gangsterski, było tu stanowczo za mało „mięska” w postaci konkretnej rzezi, brutalności czy efektownych strzelanin. Całość wyszła zbyt zachowawcza i spokojna, a akcja często działo się gdzieś w tle, podczas gdy nam serwowano rozwlekłe, ugrzecznione rozmówki bohaterów, którzy aż wyrywali się do ostrzejszego działania. Tu się kłania powiedzenie „nie oceniaj książki po okładce”, ponieważ pierwsze wrażenie daje poczucie solidnych fundamentów gangsterskich, ale im głębiej wchodziłem w ten świat, tym bardziej dostrzegałem jego pustkę i prostotę.
Dziękujemy SkyShowtime za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.
Tekst pochodzi z drugiego portalu Serialomaniak.com

