Lucky Luke (Opinia bezspoilerowa)
Pamiętacie „Lucky Luke’a”? To jedna z bajek mojego dzieciństwa. Nieszczególnie byłem wielkim fanem przygód tego kowboja, ale obejrzałem większość odcinków (uroki pory w telewizji, w której nic lepszego nie leciało), dlatego materiał źródłowy poznałem na wylot. Stąd też ciekawość przyciągnęła mnie do tej kompletnie nienagłaśnianej, aktorskiej wersji, która niestety niespecjalnie mi siadła.
„Lucky Luke” to adaptacja popularnej serii komiksów o przygodach kowboja oraz animowanej bajki, która dość wiernie podchodziła do tematu. Śledzimy tu więc losy charyzmatycznego rewolwerowca, który strzela szybciej niż własny cień. Większość odcinków ma charakter epizodycznych przygód, ale wraz z kolejnymi postaciami dołączającymi do głównego bohatera pojawia się zalążek dłuższej historii spinającej całą serię, która zmierza do konkretnej kulminacji w finale.
Największy problem leży jednak w samej adaptacji. Twórcom całkowicie nie udało się oddać barwności i komiksowego przerysowania, które tak mocno wyróżniają ten tytuł w popkulturze na tle klasycznych westernów. Niby padają tu gagi, nie brakuje przerysowanych akcji czy slapsticku, ale wszystko wychodzi sztywno i działa na granicy umowności . Aktorzy ewidentnie nie czują tego humoru, przez co wypadają strasznie drętwo, a same żarty (których jest tu, niestety lub stety, od groma) opierają się na błahym, wręcz głupkowatym dowcipie. Brakuje w nich dwóch kluczowych elementów: przeciągnięcia i wyczucia pauzy (aktorzy wyrzucają gagi na bezdechu, przez co dopiero po scenie orientowałem się, że w ogóle miałem się zaśmiać).
Z samą obsadą też mam potężny problem, bo dobór aktorów jako całokształt wyszedł dość specyficznie. Ekranowe postaci nie mają w sobie nic unikalnego ani przypominającego komiksowe wzorce i o ile nie szukam winy w samej ich aparycji, o tyle charakteryzatorzy kompletnie się nie popisali i nie próbowali nic z nich wyciągnąć. To samo można zarzucić garderobie, która poza w miarę dopasowanym strojem głównego bohatera w ogóle nie stara się imitować komiksowych ubrań. Trzeba jednak oddać aktorom, że robili, co mogli: Alban Lenoir, Billie Blain, Alice Taglioni i Jérôme Niel to najmocniejsze punktu obsady, bo zdołali nadać swoim bohaterom sporo charyzmy, charakteru i wyrazistości, choć nadal niewiele miało to wspólnego z komiksem. Na plus działała chemia między nimi oraz dobre emocjonalne natężenie, a do tego całkiem sprawnie wypadali w prostych scenach akcji, dzięki czemu sam seans z ich udziałem nie był dla mnie czasem całkowicie straconym.
Znacznie lepiej oceniam ten serial, kiedy na chwilę odłożę na bok komiksowy pierwowzór. Na własnych nogach to po prostu przyzwoity wizualnie western, w którym naprawdę zadbano o klimat Dzikiego Zachodu: dopracowano świat, budynki, kostiumy czy sam wygląd bohaterów, a charakterystyczny brud na twarzach i ubraniach dodaje całości autentyczności. Sceny akcji, w tym pojedynki i strzelaniny, też miały w sobie sporo retro energii dawnego kina – wypadało to pomysłowo, dając potężnego kopa i podkręcając tempo odcinków, które narracyjnie prowadzone były całkiem sprawnie. Ogólnie pomysły na fabułę fajnie czerpały z klasyki, chociażby motyw amnezji jednego z braci Daltonów czy miasteczko, w którym każdy mieszkaniec mógł zostać szeryfem i wsadzać innych do więzienia za byle pierdołę. Do tego główny motyw rodzicielstwa oraz czarny charakter uderzający w lokalną władzę nieźle spinały całość i nadawały rytm, dzięki czemu historia mimo wątków pobocznych pędziła do przodu. Nie były to jednak idealnie napisane motywy. Wręcz przeciwnie, wątek rodzicielski bezsensownie przeciągnięto do granic możliwości, a rozczarowujący finał zostawił niedosyt przez brak jasnego określenia statusu bohaterów. No i sam główny zły potężnie cierpiał na brak tła fabularnego i autorytetu – kompletnie nie czuć od niego tej grozy, przez którą wszyscy powinni trząść portkami (o wiele lepiej wypadł osobisty arcywróg Lucky Luke’a, który mimo małej ilości czasu ekranowego miał świetnie zbudowaną zadrę z głównym bohaterem i ten retro element, nadający całości komiksowego sznytu, jakiego w serialu tak bardzo mi brakowało).
Dziękujemy Disney+ za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.
Tekst pochodzi z drugiego portalu Serialomaniak.com

