Ghost Rider: Danny Ketch (Opinia)
„Ghost Rider: Danny Ketch”? Płonąca czaszka lat 90. w pełnej akcji odsłonie!
„Ghost Rider: Danny Ketch” to solidny zbiór historii z lat 90., kiedy płonąca czaszka należała do Danny’ego Ketcha. W tym okresie Jeździec Piekieł mierzył się zarówno z potężnymi demonami, jak Blackout, pragnący wyrównać rachunki, czy Lilith nadciągająca z własną mroczną armią, jak i z całą plejadą gościnnych bohaterów – od Spider-Mana po Venoma. Brzmi imponująco? I słusznie, bo od tego komiksu naprawdę trudno się oderwać.
Howard Mackie wraz z rysownikami Javierem Saltaresem i Markiem Texeirą stworzyli historie pełne akcji, które umiejętnie łączą wielkie zagrożenia z mniejszymi, bardziej kameralnymi opowieściami, a przede wszystkim zachowaniem mroczniejszego, demonicznego klimatu. I właśnie te pojedyncze, krótsze historie cenię najbardziej, bo często dotykały poważniejszych, ludzkich tematów i pozwalały poczuć, że Ghost Rider, mimo swojego wizerunku, stoi bliżej dobra niż zła i ma on określone zadanie/a do wykonania. Te fragmenty dodawały komiksowi głębi i pozwalały inaczej spojrzeć na bohatera, którego zbyt łatwo byłoby zamknąć w ramy bezlitosnego mściciela.
Główne wątki z potężnymi przeciwnikami prowadzone są z rozmachem, choć przyznam, że czasem brakowało mi większej kreatywności w działaniu samego Ghost Ridera. Często powtarzał te same schematy walki, co w dłuższej perspektywie bywało nużące. Na szczęście rysownicy nadawali tym scenom wyjątkowej atrakcyjności. Duże, dynamiczne kadry, nieregularne sekwencje, zabawa konwencją. Wszystko to potrafiło wizualnie wynieść nawet najprostsze starcia na wyższy poziom.
Ogromnym plusem są liczne występy gościnne. Twórcy umiejętnie korzystają z charakterów bohaterów, by wzbogacić klimat historii, nie odbierając jej spójności. Morbius wnosi nutę niepokoju swoją żądzą krwi, Spider-Man pojawia się z typowymi dla siebie żarcikami, ale na tyle stonowanymi, by nie zmienić komiksu w komedię, zaś Venom dodaje dodatkowej warstwy zagrożenia. Szczególnie dobrze wypadła obecność Johnny’ego Blaze’a, poprzedniego Ghost Ridera, którego postać wprowadza kontrast w sposobie działania i zmusza Danny’ego do trudnych wyborów. Twórcy świetnie rozegrali jego moralne rozterki: od początkowego oporu przed stosowaniem drastycznych metod po momenty, gdy stawka zmuszała go do pójścia na granicę, a nawet ją przekraczania. Dzięki temu historia nabrała ciężaru i nie toczyła się utartymi ścieżkami.
Na pochwałę zasługuje także sposób, w jaki prowadzono narrację. Nawet jeśli ktoś nie znał wcześniej mitologii Ghost Ridera, uważam, że mógł bez problemu nadążyć za fabułą. Twórcy unikali zbędnych streszczeń czy łopatologicznych wyjaśnień, ale wszystkie potrzebne informacje pojawiały się naturalnie w toku historii, a podczas rozwoju wydarzeń twórcy śmiało przekraczali granice i trzymali się tego do końca. Szczególnie zaimponowała mi decyzja o tym, by już na wczesnym etapie fabuły, w walce z pozornie nieistotnym przeciwnikiem, wprowadzić zmianę o ogromnym znaczeniu dla dalszych wydarzeń. Podobnie jak w „Batman: Knightfall” czy „Śmierci Supermana”, bohaterowie nie byli nietykalni, a fabuła jasno pokazywała, że stawka jest wysoka i nie wszystko skończy się szczęśliwie.
Największym problemem okazało się dla mnie prowadzenie głównych zagrożeń. Wątek Lilith, który miał być kulminacją środkowej opowieści, jest zbyt rozwleczony. Przez długi czas postać pojawia się rzadko, brakuje bezpośrednich konfrontacji z Ghost Riderem, a sama Lilith nie pokazuje mocy, które czyniłyby z niej faktyczne zagrożenie. Co gorsza, twórcy nie poświęcają jej miejsca, by rozwinąć jej postać/historię. Trzeba opierać się wyłącznie na własnej wiedzy religijnej lub popkulturowej, by nadać jej jakiekolwiek znaczenie. Finałowa walka ma siłę, przyznaję, wynika to z konstrukcji historii, ale nie jeśli chodzi o samą Lilith jako Lilith.
Dodatkowo w trakcie czytania aż za bardzo można odczuć, że brakuje kilku zeszytów. Fabuła momentami przeskakuje z jednej historii w drugą, pomijając kluczowe fragmenty np. po obietnicy dokończenia pewnej sprawy po kulminacji z Lilith nagle widzimy już jej skutki, ale nie sam przebieg wydarzeń przez co prowadzenie długiego wątku nie ma swojego finału. Takie luki wybijały mnie z rytmu i poczucia płynności opowieści, czasem wręcz zmuszając do sprawdzania, czy czegoś nie przeoczyłem – a po prostu brakowało materiału.
Dziękuję Tantis za komiks. Tantis nie miało wpływu na opinię i tekst.

