Asteriks w Luzytanii (Opinia)

Asteriks w Luzytanii”? Galowie nadal w formie, ale… czegoś mi zabrakło!

Dwójka moich ulubionych Galów powróciła w 41. tomie serii, tym razem udając się do Luzytanii. Powodem wyprawy była prośba „starego przyjaciela”, który poprosił ich o pomoc w uratowaniu pewnej osoby z rzymskiej niewoli. A wiadomo, gdy tylko pojawia się słowo „Rzymianie”, Galowie nie muszą się długo zastanawiać!

Fabularnie to poprawny tom: dostajemy prostą historię, pozbawioną przekombinowań, a realizacja misji przebiega według jasno określonego planu. Nawet gdy pojawiają się drobne komplikacje, nie stanowią one dla Asteriksa i Obeliksa większego wyzwania. I właśnie brak realnego poczucia trudności był dla mnie problemem. Owszem, pojawiają się przeszkody, ale bohaterowie pokonują je „ot tak”, bez wysiłku, co odbiera fabule napięcie. Szkoda, bo punkt wyjścia jest naprawdę dobrze przemyślany. Odwoływanie się do dawnych przygód, wyciąganie z nich pojedynczych elementów i budowanie na ich podstawie nowej historii poszerzającej uniwersum to coś, czego seria bardzo potrzebuje. To zabieg prosty i oczywisty, a jednocześnie dotąd rzadko wykorzystywany, choć stanowi idealny sposób na sensowne rozbudowywanie świata.

Caro i Conrad świetnie naśladują „starą szkołę Asteriksa”. Komiks jest pełen zabawnych sytuacji i sprytnych nawiązań do współczesności, odpowiednio osadzonych w realiach akcji. Dużo tu kulturowych smaczków Luzytanii, humoru opartego na różnicach językowych, muzycznych czy regionalnych z żywym reagowaniem przez różnych odbiorców co wywołuje salwy śmiechu. Wszystko to oddaje ducha klasycznych albumów i sprawia, że lektura mija bardzo przyjemnie. Ale… twórcy zbyt często wciskają hamulec. W starych tomach uwielbiałem to, jak sytuacje były podkręcane do maksimum. Reakcje bohaterów były przerysowane, sceny eskalowały aż do komicznego absurdu – do dziś pamiętam scenę w urzędzie. Tutaj zaś jest wiele momentów z ogromnym potencjałem, ale zamiast rozwinąć emocje, autorzy gaszą je zbyt szybko, zostawiając niedosyt i „te” momenty szybko ulatują z pamięci. Podobnie wypadł wątek zauroczenia Obeliksa – nie dość, że był wtłoczony trochę na siłę, to jeszcze sygnalizowany tak subtelnie, że można go przeoczyć, jeśli akurat nie spojrzy się na zaczerwienione policzki.

Pod względem graficznym album trzyma poziom serii: ilustracje są dopracowane, pełne detali, z tłocznymi planami i bogactwem elementów otoczenia. Świat żyje na każdej stronie. Kolory są żywe i nasycone, podkreślają dynamikę historii i sprawiają, że chce się na dłużej zatrzymać wzrok na poszczególnych kadrach.

Dziękuję Egmont za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.