Co cenię w „Peacemakerze”
Siłą „Peacemakera” jest dla mnie historia o ludziach, nie tylko o złodupcach czy naciąganym heroizmie.
Jasne, istotne są elementy pokazujące kodek Peacemakera, wywołujące kontrowersje siłowym (i bezpośrednim) sposobem rozwiązywania problemów. Nie brakowało tych treści…
…ale to w obyczajówce leżał cały przekaz emocjonalny, budowania postaci, no i jak się okazało konfliktów np Rick Flag Sr – Peacemaker. To były momenty dobrze prowadzone, które w dłuższej perspektywie dawały realne więzy, autentyczny rozwój charakterów, a przede wszystkim miały kulminacje w odpowiednich tonach np. Chris-Harcourt to ładna historia, na swój sposób, Romeo i Julii w bardziej podkręconych tonach, którzy zaczynają z kiepskiego położenia, aż docierają do wspólnego punktu musząc nie tyle dotrzeć się, co przełamać pewne opory jak relacja Haroucrt z Rickiem Flagiem, a „przewinienie” Peacemakera względem niego w „The Suicide Squad”.
I mi to graj takie podejście. Wolę tego typu historie, które mogą więcej wyciągnąć, przekazać, a przede wszystkim wywołać niż poleganie na rozmachu i widowiskowości. No i tu fajnym przykładem jest drugi sezon „Peacemakera”. Do pewnego momentu odcinki były spokojne, część widzów zarzucała małą ilość akcji względem poprzedniego sezonu, ale właśnie w tych momentach perfekcyjnie było budowane napięcie zderzając bohaterów jednego świata z drugim – szybciej wcinało się popcorn podczas rozmowy Chrisa z bratem, a przy Chrisie i Harcourt roztapiane były oblodzone serduszka, bo to był uroczy romansik, że hej.
Zresztą… po co się produkować nad oczywistymi kwestiami skoro nawet te kilka zdjęć mówią same za siebie


