Finał turnieju „DC K.O.” (Opini)

Turniej „DC K.O.” zakończony, zwycięzca wyłoniony, kierunek uniwersum ustanowiony.

Tak, w tym tygodniu ukazał się finałowy zeszyt „DC K.O.”, w którym Król Omega wywalczył zwycięstwo w walce z Darkseidem. I był to zeszyt, podczas którego moj mózg gotował się, ale miałem w tym frajdę. Dlaczego?

Mózg kipiał, bo poziom absurdu i przekombinowania sięgnął zenitu. Nie wiem po co była drabinka turniejowa, wszystkie zasady, skoro na każdym kroku Snyder kombinował jak mógł i przeskakiwał własną poprzeczkę do samego końca. Gdzieś tam liczyłem, że dostaniemy starcie Luthora z Darkseidem, ale nie… Zamiast tego wykorzystał Time Trappera, który oddał swoją energią do odradzania Supermanowi, dzięki czemu ten wrócił na pole walki i został Królem Omega, no i ostatecznie zlał Darkseida, że aż miło. Rzecz jasna Superman poświęcił swoją moc, skorzystał z pomocy przyjaciół, ocalił Uniwersum, na końcu zniknął z tajną misją, no i w ten sposób wchodzimy w „DC Next Level”, która da więcej uwagi bohaterom trzymanym ostatnio na uboczu jak Lobo czy Deadman.

Ale miałem frajdę podczas czytania. Tak samo jak podczas całego turnieju. Nieważne jak bardzo fabuła była przekombinowana, Snyder z Fernandezem i Sanchezem potrafili stworzyć zajebiste sceny walki, które swoją widowiskowością wgniatały w fotel i na własnej twarzy czułem każdy cios. Najlepszym tego przykładem jest finał turnieju, w którym ciosy Supermana i Darkseida miały siłę tworzące uniwersa, przełamującą perspektywę i granicę czasoprzestrzenną. Superman miał niesamowitą aurę na papierze, kiedy „założył” koronę króla omegi, a jego walka z Darkseidem będzie jedną z najbardziej epickich jakie czytałem w komiksach DC – długo nic jej nie przebije, tego jestem pewien.

Czy był to dobry event? Nie

Czy był to rozrywkowy event? Jeszcze jak!

Nigdy nie mam specjalnych oczekiwań wobec eventów o skali multiwersowej. Do „DC K.O.” podchodziłem sceptycznie, idea turnieju nie trafiała do mnie. Może z tego powodu nie jestem rozczarowany realizacją, a mimo gotowania mózgu, rzucania nim na każdą możliwą stronę, znalazłem w nim dawkę pozytywnej i niezobowiązującej rozrywki, której dawno nie miałem.