WWE 2k26 (Opinia)

Kolejny rok, kolejna odsłona serii WWE. Czy gierka wydawana co 12 miesięcy może jeszcze czymś zaskoczyć? Zdecydowanie tak! Będę to powtarzał z uporem maniaka przy każdej kolejnej premierze.

WWE 2K26” nie robi drastycznego skoku w kwestii grafiki, ale to nic złego. Poprzednia część śmigała na PS5 znakomicie, a nowa trzyma ten sam, stabilny poziom. Podciągnięto płynność animacji, dopieszczono modele zawodników i detale wokół ringu. Klatki nie chrupią nawet przy totalnym chaosie z udziałem kilku wrestlerów. Nowa, ulepszona kamera zza pleców to strzał w dziesiątkę – pozwala złapać ujęcia, które wyglądają jak wycięte prosto z oficjalnego promo w telewizji. Super bajerem są też nowe reakcje zawodników na wejścia, co świetnie buduje ringowy klimat.

Liczba zawodników dostępnych na start wręcz mnie poraziła (nawet jeśli przymkniemy oko na po raz kolejny powielane wersje tych samych gwiazd z różnych er). Gigantyczny plus za szybki refleks twórców! Dostajemy tu mega świeże nabytki, takie jak Joe Hendry, AJ czy Iguana, którzy dołączyli do rosteru ledwie kilka miesięcy temu. Zwłaszcza ten ostatni wprowadza rewelacyjny powiew świeżości, który mocno przekłada się na sam gameplay.

Super, że rozbudowano możliwości zabawy. Oprócz klasyków (1vs1, Steel Cage, Tag Team) wjechały totalne nowości, takie jak piekielny Inferno Match czy bezlitosne „I Quit”. Absolutnie się tego nie spodziewałem! Taka różnorodność idealnie oddaje klimat telewizyjnych tygodniówek i sprawia, że gra starcza na jeszcze więcej godzin kanapowego łupania z kumplami.

Nie będę ukrywał… to w Showcase utopiłem najwięcej czasu! Odtwarzanie najważniejszych momentów z kariery Punka (z drobną domieszką wariantów „what if”) to czysta frajda. Starcia z takimi legendami jak Brock Lesnar czy Undertaker wymagają nie lada skilla, by wbić wszystkie cele i zgarnąć nagrody. Wisienką na torcie jest fenomenalny, energiczny komentarz samego Punka, z którego można dowiedzieć się zakulisowych smaczków i alternatywnych planów na dawne scenariusze.

Tryb kariery (MyRise) to niestety najsłabsze ogniwo, bo… potwornie wieje nudą na starcie. O ile rok temu fabuła od razu łapała za gardło i trzymała w napięciu do końca, tak tutaj jest spory zjazd. Zaczynamy hucznie, by po pierwszej przegranej walce spaść na samo dno. Efekt? Przez kilka bitych godzin tłuczemy się ze smutnymi no-name’ami. Fabuła leży, monotonia uderza do głowy i łatwo odłożyć pada. Na szczęście, jeśli przetrwacie ten żmudny początek, z czasem robi się o wiele lepiej.

Dziękujemy Cenega za dostęp. Platforma nie miała wpływu na opinię i tekst.