Dawnrunner (Opinia)
Wielkie mechy i potwory to niekoniecznie moje klimaty. Zazwyczaj wszystko sprowadza się tam do widowiskowej, ale pustej rozwałki. Jednak gdy za stery siada Ram V, trzeba dać projektowi szansę. To jeden z nielicznych scenarzystów, który potrafi znaleźć świeże podejście nawet w najbardziej oklepanych tematach. I tutaj było podobnie!
Już sam początek to zwiastun ambitnej koncepcji w „Dawnrunner„. Obca forma życia nawiedza planetę przy użyciu specjalnej technologii, co prowadzi do zagrożenia na ogromną skalę. W samym środku tego chaosu mamy korporacje, które niby chcą pomóc, a tak naprawdę chcą zarobić, oraz systemy obronne, które klimatem mocno przypominają motywy z „Gry o Tron”.
Walki mechów to tylko wierzchołek góry lodowej. Na szczycie siedzą goście w garniturach, którzy liczą tabelki w Excelu i sprowadzają śmiertelne starcia w obronie planety do poziomu telewizyjnego show. Ram V genialnie pokazuje tę paskudną branżę – świetnie obrazuje to wątek „najlepszej zawodniczki”, której porażką szef wcale się nie przejmuje, bo… słupki oglądalności wystrzeliły w górę. Dzięki przebitkom na zwykłych widzów show, mechanizmy sterujące tym światem stają się przerażająco zrozumiałe.
Autor znalazł w maszynach miejsce na pytania o naturę istnienia. Mamy tu technologię łączącą pilota z mechem (fani Titanfalla, pamiętacie to?). To rozwiązanie rzutuje na problemy z „jestestwem” – czyje myśli są w głowie, skąd się biorą? Realizacja tego wątku wywołuje ciarki i skłania do refleksji, zwłaszcza dzisiaj, gdy tak głośno dyskutujemy o rozwoju AI. Finał całej historii jest dzięki temu kompletnie nie do przewidzenia. Dla porównania czytałem na świeżo „Detective Comics” tego samego autora i tam Ram V lepiej radzi sobie z tempem akcji. Tutaj zabrakło mi trochę budowania więzi z bohaterami. Mimo że widzimy ich reakcje, wiemy o nich stanowczo za mało – brakuje chwil wytchnienia, przez co finalnie byli mi niemal obojętni.
Najsłabiej wypadła obca rasa. Początkowo zapowiadali się intrygująco. W końcu ktoś musiał opatentować technologię, która ich tu sprowadziła. Niestety, wraz z rozwojem fabuły ich rola została spłaszczona do wielkich, paskudnych potworów, które trzeba po prostu oklepać, bo taki jest obowiązek. Szkoda tego potencjału.
Historia spełnia swoją podstawową obietnicę – starć mechów z gigantami jest sporo, są konkretne i czuć w nich skalę zniszczenia. Rysunki nie do końca mi „siadły”. W scenach akcji kolory i kształty momentami tak się zlewały, że trudno było rozczytać, co właściwie dzieje się na panelu. Domyślałem się, że mech rozrywa obcego, ale brakowało mi w tym przejrzystości. Co dziwne, pozostałe rysunki (tła, szkice, przejścia między teraźniejszością a przeszłością) były dopracowane i czytelne.
Dziękujemy Lost in Time za komiks. Wydawnictwo nie miało wpływu na opinię i tekst.
Tekst jest również dostępny na naszym drugim portalu Serialomaniak.com

