Liga Sprawiedliwości. Pryzmaty

Bendis nie porwał swoją twórczością czytelników DC. Autor dał nam mnóstwo powodów do krytykowania jego pomysłów. Koronnym przykładem jest postarzenie Jona, syna Supermana. Obawy budziło przekazanie Bendisowi jednej z najważniejszych regularnych serii – Liga Sprawiedliwości. Czy było tak źle jak można było się spodziewać? Nawet gorzej.

Liga Sprawiedliwości występuje w powiększonym składzie. Do drużyny dołącza Naomi, Hippolyta i… Black Adam! Powodem jest atak Brutusa, przedstawiciela obcej rasy, który chce podbić ziemię. Brutus poszukuje nowej, idealnej ziemi. W tym celu chce pokonać każdego kozaka na ziemi – wychodzi z założenia, że tyle wystarczy do osiągnięcia celu.

Bendis zbudował historię na generycznym, popularny motywie. Punkt wyjściowy nie jest zły o ile zadba się o oryginalne rozwiązania. Motyw wystarczył mi do zaoferowania mnóstwa rozrywki wynikającej z licznych scen akcji. Zaczynamy walką, kończymy rozpierduchą, pomiędzy nie brakuje momentów fizycznej wymiany argumentów. W historii przewinęło się dużo lubianych przeze mnie Superbohaterów, każdy z nich otrzymał możliwość kilkukadrowego zaprezentowania umiejętności. Pod tym kątem nie mogłem narzekać, a wrażenia potęgowały dopracowane prace Marqueza charakteryzujące się ładną kreską, trzymaniem proporcji i odpowiednią kolorystyką – sceny akcji cieszyły mnie za każdym razem.

Niestety to wszystko, co komiks miał mi do zaoferowania. Za mało, żeby miał mi się spodobać. Historia przechodzi od jednej walki do drugiej, nie siląc się aby zmagania za każdym razem wynikały z historii. Występowały dla zasady, wręcz były na siłę. Bendis próbował ratować sytuację oprierając historię na przeszłości Naomi. Pomysł nie był zły, ale został przedstawiony w zapychaczowy sposób. Naświetlone fakty nic nie wnosiły do historii, tym bardziej do przeszłości Naomi – tak jak obca była mi bohaterka, tak nadal pozostaje.

Rozczarowałem się przedstawieniem Brutusa, głównego przeciwnika. Mowa o gościu osiągającym więcej niż Mongul czy Darkseid – w pojedynkę pokonał zwiększony skład Ligi Sprawiedliwości. Co w nim jest takiego wyjątkowego? Niestety nie dowiedziałem się z komiksu. Brutus przyjmuje na klatę każdy cios, rewanżuje się gołymi pięściami. Tyle wystarczyło do pokonania Supermana, Black Adama i pozostałych działających ramię w ramię. Strasznie naciągany przebieg walki pamiętając jak Darkseid męczył się z podstawowym składem Ligi, kiedy jego arsenał mocy jest większy od Brutusa.

Bendis nie silił się na przedstawienie złoczyńcy. Nie poznałem jego przeszłości, powiązań z planetą Naomi oraz jego relacji z pozostałymi przedstawicielami cywilizacji. Charakter Brutusa kończy się na agresywnym stosunku do pozostałych, darcia mordy i niszczenia wszystkiego jak leci. Jedyną zaletą Brutusa jest wizualny projekt postaci. Ma w sobie coś atrakcyjnego, niebezpiecznego, przede wszystkim odróżnia się od maści innych niebezpieczeństw.

Nie podobał mi się brak tłumaczenia rozwiązań, motywów przez autora np. nie wiemy dlaczego ziemia bohaterów jest idealny miejscem do zamieszkania przez obcy lud; nie poznajemy przyczyn upadku planety Naomi; nie poznaliśmy właściwości zmienionego miejsca akcji wpływającego w pewien sposób na głównych bohaterów. Masa ciekawych rozwiązań, które straciły na wartości przez brak wyjaśnień. Niewyjaśnionych motywów jest znacznie więcej. Celowo ograniczyłem się do kilku, żeby nie zaspoilerować Wam historii.

Rozczarowałem się relacjami i chemią między postaciami. Powiększony skład Ligi bazował na postaciach zróżnicowanych mocami i osobowościami. Aż się prosi, żeby pobawić się motywami. Niestety relacje między bohaterami nie istnieją. Członkowie Ligi nie prowadzą ze sobą rozmów nie koncentrujących się na celu misji, w momentach akcji zachowują się jak banda amatorów nie znająca słowa „taktyka”. Bohaterowie indywidualnie podchodzą do walk z dominującym nad nich przeciwnikiem, a doświadczony strateg jak Batman nie główkuje nad metodami tylko zachęca do boju krzycząc „atakujcie go, nie zwracajcie uwagi na towarzyszy, musimy go pokonać!”.

Nienawidzę na siłę wciskanego humoru. Jest on sztuczny, niepotrzebny i odpychający. Taki właśnie był w Lidze Bendisa. Autor wrzuca losowe teksty do dialogów w najmniej odpowiednich momentach. Efektem jest wtrącanie przez Barry’ego „mogę zostać Twoim Nightwingiem?” do Batmana czy cytowanie przez Nietoperza openingu „Kacze opowieści”, kiedy ktoś chce się przed nim wyżalić. Dawno tak nie byłem zażenowany czytaniem komiksu, serio.

Nie polecam „Liga Sprawiedliwości. Pryzmaty„. Bardzo zawiodłem się na pierwszym tomie Bendisa. Jednak dam szansę i sprawdzę kolejne tomy licząc, że przynajmniej nie zgorszę się żenującym humorem.

Dziękuję wydawnictwu Egmont za przekazanie komiksu do recenzji. Wydawca nie miał wpływu na recenzję